Czy można odmawiać kanon św. Andrzeja z Krety w modlitwie osobistej, poza Wielkim Postem? Michał

Tam można. Wydaje się, że po raz pierwszy Kanon św. Andrzeja w był czytany w takim bardziej ogólnocerkiewnym kontekście w X w. w Konstantynopolu w obliczu zagrożenia trzęsieniem ziemi. Nie był to Wielki post.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, wiara, życie duchowe



Czy wdowiec wyznania prawosławnego posiadający dorosłe dzieci może wstąpić do monasteru? Czy po przejściu wszystkich stopni życia zakonnego osoba taka może zostać biskupem? Piotr

Taka osoba oczywiście może wstąpić do monasteru. Jeśli posiada odpowiednie kompetencje, to również mogłaby zostać podniesiona do godności biskupiej. Jeśli jest to osoba świecka, która owdowiała, to raczej można przypuszczać, że nie ma wykształcenia teologicznego i tutaj perspektywa święceń biskupich jest dość oddalona. Jeśli jest to jednak duchowny, który był żonaty, owdowiał i przyjął postrzyżyny mnisze, to taka osoba, nazwijmy to – posiada więcej szans aby zostać wybrana na biskupa. Znam kilku takich biskupów, którzy wcześniej byli duchownymi żonatymi.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, liturgika



Czy imię Maja może być nadane na chrzcie w cerkwi? Marta

W spisie imion prawosławnych nie ma imienia Maja. Ogólnie uważa się, że Maja jest zdrobnieniem imienia Maria.

Kategorie: imiona, ks. Andrzej Kuźma



Czy zaleczone schorzenia natury psychicznej uniemożliwiają przyjęcie święceń kapłańskich? Jan

Jeśli to schorzenie jest na tyle wyleczone, że nie będzie stanowiło problemów w sprawowaniu posługi kapłańskiej to można. W takiej sytuacji to biskup, który zamierzałby wyświęcić taką osobę powinien zbadać sprawę. Najlepiej jeśli skonsultował by się z lekarzem, który zna sprawę i człowieka, który był chory.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, liturgika



Kto w Cerkwi udziela sakramentu małżeństwa: ksiądz czy sami małżonkowie sobie nawzajem? Słyszałem, że w Prawosławiu „Nosicielem” jest Ksiądz, ale nie jestem tego pewien. Jestem katolikiem, ale zawsze interesowała mnie kwestia jak wygląda to w Cerkwi. Tomasz

Pańska interpretacja i to co Pan słyszał jest właściwe. Jednak nie mówimy tu o „nosicielu” sakramentu, lecz bardziej o szafarzu, lub tym, który dokonuje sakramentu. W Prawosławiu więc to nie nupturienci, są szafarzami sakramentu, lecz duchowny, który zwraca się do Boga o zesłanie na nich swego błogosławieństwa.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, liturgika, rodzina, wiara



Jestem w związku małżeńskim od prawie 5ciu lat. Mój mąż jest naprawdę dobrym człowiekiem i wiem, że nie powinnam narzekać. Jednak czuję, że czegoś brakuje w tym małżeństwie, chodzi mi o taką więź emocjonalną. Próbowałam wielokorotnie z mężem na ten temat rozmawiać, że on jest bardzo w sobie zamknięty skupiony na zarabianiu pieniędzy, a mi zwyczajnie brakuje miłości i zrozumienia. Bardzo się starałam walczyć o te małżeństwo i budować dom taki jaki sobie wymarzyłam, ale ostatnimi czasy nie mam już siły ani chęci. Jest mi to obojętne, stałam się niemiła i opryskliwa. Ponadto pojawił się inny mężczyzna w moim życiu. Między nami do niczego nie doszło, ale mam nieodparte wrażenie, że to właśnie ten którego szukałam całe życie. Co robić? nie chcę skrzywdzić mojego męża, ale nie chcę też całe życie łudzić się, że on się zmieni. wiem, że życie to nie bajka, ale czy Pan Bóg nie chce żebyśmy byli szczęśliwi? Marysia

Gdy czytałem opis Waszego małżeństwa, Twych zmagań, oczekiwań, rozterek i wynikające z nich pytania, nasunęło mi się kilka skojarzeń. Niektóre z nich to słowa z Ewangelii, pozostałe można by określić jako powszechnie  znane „mądrości ludowe”, ale wiele z nich (jeżeli nie wszystkie) mają biblijne podłoże. Z mojej strony pojawiły się też pytania, które Ty sama powinnaś sobie postawić i próbować na nie odpowiedzieć.

Zacznijmy od końca. Pytasz, „czy Pan Bóg nie chce żebyśmy byli szczęśliwi?” Zapewniam Cię, że bardzo tego pragnie i nie tylko życzy nam tego, ale też wspiera nas we wszystkich naszych dobrych dążeniach. Piszesz, że doceniasz swego męża, ale czegoś Ci brakuje – nie wygląda to tak, jak sobie wymarzyłaś. Próbujesz to osiągnąć, ale nie wychodzi – „opadły Ci ręce”, zobojętniałaś. Tu pojawiają się moje skojarzenia i pytania: Doceniasz go i nie chcesz Go skrzywdzić – ale czy to znaczy, że ciągle Go kochasz? Wierzę, że tak. A skoro tak, czy rzeczywiście zrobiłaś wszystko, co można/trzeba  było zrobić? Piszesz o wielokrotnych próbach rozmowy – a czy podjęłaś jakieś konkretne działania? OK, słowa mogą dużo, ale słyszałem/czytałem co nieco np. o „mowie ciała”. Czasem milczeniem można powiedzieć dużo więcej niż tysiącem słów… Ponadto, jeżeli w małżeństwie coś „nie działa”, starania jednej ze „stron” nie skutkują, wówczas można/należałoby szukać pomocy „z zewnątrz” – prosiłaś kogoś o radę/pomoc. Dostępne są np. terapie małżeńskie…

Tutaj warto też zastanowić się nad tym, jaki wpływ na Twoje starania ma „małżeństwo i dom, który sobie wymarzyłaś”. „Mądrości” mówią: „Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma” albo „Lepsze jest wrogiem dobrego”… Absolutnie nie chcę przez to sugerować, że nie trzeba dążyć do zmian na lepsze, do doskonalenia (się też). Wprost przeciwnie. Wspomniałem o tym, bo znam przypadki, w których wyobrażenia czy marzenia przeszkadzały docenić „stan zastany” – ciągle nie było tak, jak „mogłoby czy miało” być, a to powodowało rozgoryczenie i frustrację. Zamiast pomagać w doskonaleniu, bardzo przeszkadzało. (tu kolejne pytanie [retoryczne?] do Ciebie – czy Twoje zobojętnienie, to że stałaś się niemiła i opryskliwa, pomaga naprawiać ten związek, tj. zwiększa szanse na więcej „więzi emocjonalnej, miłości i zrozumienia”?) Ponadto, gdy poprzeczka zbyt wcześnie bywa podniesiona zbyt wysoko, to na pewno nie da się jej przeskoczyć – trzeba  wcześniejszej „rozgrzewki”.

Twe „wielokrotne rozmowy” i starania przypomniały mi opowieść o pewnym mnichu, który kłócił się ze wszystkimi innym mnichami o wszystko. Źle mu z tym było (nie tak to sobie wyobrażał?), próbował „z tym skończyć”, ale nie wychodziło. Postanowił więc poprosić o Bożą pomoc i wsparcie. Podczas wyjątkowo głębokiej, żarliwej modlitwy dane mu było odczuć, że jego błaganie zostało wysłuchane, prośba została przyjęta i pomoc zostanie mu udzielona. Ale gdy wychodził z cerkwi, w drzwiach spotkał jakiegoś mnicha i pokłócił się z nim. W ciągu kilku następnych godzin spotkał kilkunastu innych i ze wszystkimi się pokłócił, podczas gdy wcześniej w ciągu całego dnia spotykał tylko jednego, dwóch albo trzech i były „tylko” trzy kłótnie. Gdy zapytał Boga dlaczego „nie dotrzymuje obietnicy” i nie tylko nie pomaga, ale jest jeszcze gorzej niż było, usłyszał w odpowiedzi: „Pomoc została Ci udzielona niezwłocznie i obficie – dzisiaj miałeś dużo więcej okazji/możliwości, aby NAUCZYĆ SIĘ jak do kłótni nie dopuszczać”. Róbmy zatem swoje, ale do skutku. Doświadczając porażek w naszych zmaganiach, dodajemy kolejną do poprzednich – 16,17,18 […] 40, 41… Bóg zaś „widzi z góry”, że za 50-ym razem w końcu nam się uda – więc nie rezygnujmy za 49-ym… Bo w Ewangelii czytamy: „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24,13).

Piszesz, że w Twoim życiu „pojawił się inny mężczyzna” i  masz „nieodparte wrażenie, że to właśnie ten, którego szukałaś całe życie”. Bardzo pożyteczna „mądrość ludowa” stwierdza: „Jak ci się wydaje, to się przeżegnaj”… bo być może (na pewno?) tylko Ci się wydaje… Tego rodzaju „wrażenia” mogą być/wydawać się(sic!) bardzo przekonywujące i dlatego koniecznie trzeba je weryfikować. Koniecznie trzeba tu postępować bardzo ostrożnie, bo, śmiem twierdzić, że to może być demoniczna pokusa. Coś nie wychodzi Ci w tym związku, nie jest tak, jak to sobie wymarzyłaś więc masz okazję radykalnie to zmienić. Wystarczy(?) tylko odejść od jednego i połączyć się z drugim mężczyzną. Pewnie będzie trochę bolało, ale ta perspektywa wymarzonego szczęścia jest taka kusząca. Tę pokusę potęguje Twoje rozgoryczenie – „nie chcę też całe życie łudzić się, że on się zmieni”. Czy na pewno całe życie? Czy „szczęście”, o którym piszesz/myślisz to na pewno długotrwała perspektywa? Czy to nie „wygodne”(?) pójścia „na skróty” – 5 lat z tym się zmagasz, a tu pojawia się kusząca perspektywa „szczęścia od ręki”, „za darmo”(?). Czy na pewno o to chodzi? „Mądrości ludowe” mówią – „kto drogę skraca, ten do domu nie wraca”, albo „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Amerykanie zaś mówią: „No pain, no gain” (Jak nie boli, to pożytku nie daje), a z chrześcijańskiej perspektywy brzmiałoby to: „Nie ma zmartwychwstania bez ukrzyżowania”. Trzeba przy tym wiedzieć/pamiętać, że szatan (to licho, co nie śpi) perfidnie zwodzi nas podsuwając „proste i szybkie” rozwiązania „małych” bieżących problemów, po to, aby pogrążyć nas ciężarem nie do zniesienia. Polecam lekturę tekstów C.S. Lewisa „Chrześcijaństwo po prostu” i „Listy starego diabła do młodego”.

Bardzo pomocna będzie też lektura traktatu Ewagriusza z Pontu „O ośmiu demonicznych myślach”. Szóstego z kolei demona acedii (współcześni nazywają go demonem duchowej depresji) mnisi nazwali demonem południa, bo działa na dwa fronty. Gdy w czasie południowej spiekoty mnisi stwierdzali fakt: „trudno wytrzymać”, demon acedii/południa przekonywał ich po swojemu, że „absolutnie nie da się wytrzymać”. W reakcji na ich tęsknotę za przyjemnym chłodem wieczora, rozbudzał w nich pragnienie, aby wieczór nastąpił już w tej chwili, natychmiast… Z jednej strony rozbudza/pogłębia zniechęcenie i rozgoryczenie aktualnym stanem „zastanym”, a z drugiej rozpala pragnienie natychmiastowej zmiany tego stanu i to najlepiej „bez kosztów własnych”, bez własnego udziału, starania czy wysiłku. (Polecam opracowania na temat tegoż demona opublikowane przez Wydawnictwo Benedyktynów Tynieckich – jest ich już kilka, a to też o znamienne…)

Nie da się nie zauważyć, że „trudno Ci wytrzymać” i marzy Ci się „szybka zmiana”, ale przecież „wszystko w swoim czasie”… Sugerowałbym, abyś spróbowała jeszcze raz i abyś próbowała aż do skutku. Często powtarzam (sobie i innym) – „na wszystko jest sposób, ale trzeba go/ich szukać, znaleźć, a później (za)stosować”. Po drodze trudno bywa z szukaniem i znajdowaniem, a jeszcze więcej „kosztuje” stosowanie, ale naprawdę warto próbować, bo „jak się próbuje, to ‘z automatu’ masz przynajmniej 50% możliwości/pewności, że coś z tego wyjdzie”…

„Szukajcie, a znajdziecie”… (Mt 7,7-12)

Bywają w życiu sytuacje kryzysowe, ale warto wiedzieć/pamiętać, że po grecku „kryzys” to możliwość do wykorzystania. Jeżeli nic z tym nie robię, opuszczam ręce, rezygnuję, poddaję się/ulegam okolicznościom – przegrywam z kretesem. Jeśli jednak robię co mogę, najlepiej jak potrafię, szukam przy tym wsparcia „z zewnątrz” i przyjmuję to wsparcie, efekt końcowy może być nawet lepszy, niż ten wymarzony… Z Bogiem wszystko jest możliwe.

Przeprasza, że odpowiadam z opóźnieniem („im szybciej, tym lepiej”, ale „lepiej później, niż wcale”…). Wierzę jednak, że nie jest jeszcze za późno.

Z całego serca życzę nowych sił i wytrwałości, a nade wszystko Bożego błogosławieństwa i wsparcia w dalszych codziennych zmaganiach ze sobą i z „okolicznościami”…

PS. Misterium małżeństwa to wspólna małżeńska droga do królestwa Bożego – to o tym właśnie „mówią” korony na głowach/nad głowami nowożeńców. Te korony (cs. wiency) mają jeszcze jedno znaczenie – to „wieńce męczeństwa” i „wieńce zwycięstwa”. O męczennikach śpiewa też chór podczas procesji wokół stołu (cs. anałoja) w centrum nawy świątyni. Małżeństwo to męczeństwo, bo mąż i żona oddają swoje życie sobie nawzajem i powierzają je Bogu. Jako „jedno ciało” swym postępowaniem i swym życiem świadczą o Bogu i o swej wierze w Boga, bo grecki termin martyria – męczeństwo, oznacza przede wszystkim świadectwo wiary… Polecam „Małżeństwo w prawosławiu” o. Johna Meyendorffa

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina, wiara, życie duchowe



Chciałbym zadać pytanie w oparciu o mój własny przykład. Odczuwam skłonności homoseksualne, ale nie zamierzam wprowadzać ich w życie i staram się żyć jak najbliżej Boga. Od zawsze fascynowało mnie życie monastyczne. Wyobrażam sobie, że z jednej strony pójście do monastyru nadałoby mojemu życiu jakiś kierunek, ale z drugiej – mogłoby to generować trudne sytuacje, np. pod względem psychicznym. Czy można to jakoś pogodzić, czy też jest to nie wskazane? Jakub

Zanim spróbuję odpowiedzieć na Twe pytanie, posłużę się cytatem z książki o. Johna Brecka „Święty dar życia. Prawosławne chrześcijaństwo i bioetyka”. W rozdziale poświęconym homoseksualizmowi stwierdza m.in.: „kwestią najwyższej wagi pozostaje ciągłe podtrzymywanie wyraźnego rozróżnienia pomiędzy zachowaniami i orientacją [homoseksualną]. Bez względu na to, jakie są jej przy­czyny (fizjologiczne, genetyczne, psychologiczne i społeczne czy najprawdopodobniej połączenie ich wszystkich), orientacja homoseksualna nie jest ani grzesz­na, ani zła (z zastrzeżeniem, że w tym upadłym świecie o każdej ułomności można powiedzieć, iż jest następstwem grzechu). Osoby z taką orientacją są w najpełniejszym znaczeniu „osobami”, nosi­cielami obrazu Bożego i wraz ze wszystkimi innymi powołane są do wzrastania ku osiąganiu Bożego podobieństwa. Gdy usiłują zmienić orientację na heteroseksualną lub gdy codziennie zmagają się o pozostawanie w cnocie czystości, potrzebują szczególnego wsparcia, zachęty i miłości Kościoła – jego biskupów, kapłanów i laikatu. W dążeniach do osiągnięcia tego celu nieodłączną po­mocą może być uczestnictwo w grupach wzajemnego wsparcia jak amerykańskie SA, a szczególnie organizacje w rodzaju Exo­dus International i Courage. (Założona przez ks. Johna Harveya rzymskokatolicka organizacja „Courage” ma swoje aktywne od­działy w całych Stanach Zjednoczonych Ameryki. Doświadczenie ks. Harveya utwierdziło go w przekonaniu, że osoby z orientacją homoseksualną w bardzo znaczących proporcjach rzeczywiście mogą stać się heteroseksualne, nawet jeśli w wielu przypadkach ciągle utrzymują się homoerotyczne odczucia czy wyobrażenia117).”

Co do fascynacji życiem monastycznym zarówno w tym konkretnym, jak i w innych podobnych przypadkach wskazałbym na dwie drogi działania czy dwa sposoby postępowania.

Po pierwsze, koniecznie trzeba się przekonać i upewnić, że fascynacja, bardzo głębokie nawet zainteresowanie monastycyzmem jest równoznaczne z powołaniem do życia monastycznego. „Instytucją” m.in. do tego właśnie przeznaczoną jest „nowicjat” (cs. posłuszanie). Osoby, które przybywają do monasteru aby zostać mnichem czy mniszką, nie od razu przyjmują monastyczne postrzyżyny. Przełożony monasteru przyjmuje nowicjusza, wyznacza mu opiekuna duchowego, wyznacza zadania do wykonania – podobnie jak mnisi, nowicjusz żyje monastycznym trybem życia, wchodzi na monastyczną drogę życia aby „na własnej skórze” przekonać się, czy podoła, czy będzie w stanie sprostać „rygorom”/zasadom monastycyzmu, czy będzie w stanie opierać się wszelkiego rodzaju pokusom. Trzeba bowiem być przygotowanym na to, że już na samy początku tej drogi pokus będzie więcej niż dotychczas i będą nasilać się wraz z rosnącymi staraniami nowicjusza, aby im nie ulegać. Dzieje się tak dlatego, że podążanie monastyczną drogą ku zbawieniu, ku królestwu Bożemu bardzo przeszkadza demonicznym siłom i wszelkimi możliwymi sposobami próbują odciągnąć/przekonać nowicjuszy i mnichów, że „nie tędy droga”.

Po drugie, uważam, że w okolicznościach, które opisałeś bezpieczniej byłoby wykorzystać wszystkie dostępne sposoby „uspokojenia”, „wyciszenia” czy „kontrolowania” tej orientacji, aby utwierdzić się w chęci, dążeniu, umiejętności i skuteczności „codziennych zmagań o pozostawanie w cnocie czystości”. Chodzi o to, aby ewentualne życie monastyczne nie okazało się zbyt trudną do zniesienia „psychiczną prowokacją”, a okazało się dodatkowym, skutecznym wsparciem na drodze „wzrastania ku osiąganiu Bożego podobieństwa”.

Jeżeli zdecydujesz, że fascynacja wypływa z powołania i będziesz chciał się co do tego upewnić, jeśli uznasz, że wykorzystałeś wszystkie dostępne środki/metody terapii, trzeba będzie porozmawiać o tym wszystkim z przełożonym monasteru, aby mógł zdecydować czy w przedstawionych okolicznościach, w określonym stanie „psychiki, ducha i ciała” nowicjat będzie rozwiązaniem dopuszczalnym i w Twych zmaganiach może okazać się pomocny, czy może jest jeszcze za wcześnie.

Z całego serca życzę powodzenia w codziennych zmaganiach, Bożego błogosławieństwa i wsparcia w poszukiwaniach drogi i dążeniach ku zbawieniu

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Mój ostatni ledwie kilkudniowy mini-urlop spędziłam nawiedzając i zwiedzając wszystkie cerkwie w Białymstoku (na co dzień mieszkam w zupełnie innym województwie, nigdy wcześniej też nie byłam w Białymstoku). Był dla mnie niezwykły czas, w którym widziałam jasno i wyraźnie Boże prowadzenie i cuda, odpoczynek dla ciała i ducha, mój najlepszy urlop w życiu. Zbliżają się wakacje i chcę ponownie wcielić ten plan w życiu.bw związku z tym chciałabym się do Księdza zwrócić z pytaniem jakie cerkwie/ monastery powinnam rozważyć? Niekoniecznie w Polsce, bardziej myślę o Grecji, ewentualnie o Ukrainie i Rosji. Bóg zapłać za rady i polecenie Irena

Bardzo się cieszyłem, czytając o tak wielu i tak głębokich „wrażeniach” spowodowanych zwiedzaniem białostockich cerkwi i „apetycie” na więcej tego rodzaju doświadczeń. Odpowiadając na pytanie, które cerkwie odwiedzać na wakacjach, powiedziałbym: każdą napotkaną… Myślę też o ustaleniu jakiegoś programu czy klucza kolejnych wypraw „cerkiewnopoznawczych”. Mogłyby to być:

  • nowe cerkwie o współczesnej (bardziej lub mniej) i tradycyjnej (mniej lub bardziej) jednocześnie architekturze: Bielsk Podlaski, Białystok, Czarna Białostocka, Czyże, Gródek, Hajnówka, Jałówka etc
  • cerkwie ze współczesną ‚nowoczesną’ i tradycyjną jednocześnie ikonografią prof. Nowosielskiego czy Stalony-Dobrzańskiego – baptysterium cerkwi św. Michała w Bielsku Podlaskim, Grabarka, Gródek, Kraków, Michałowo, Warszawa Wola, a w szczególności grekokatolicka cerkiew w Białym Borze…
  • cerkwie łemkowskie w Bieszczadach
  • cerkwie Podlasia
  • Warto pielgrzymować do monasterów: z Białegostoku można organizować wyjazdy do Supraśla albo Zwierek, Saków i Zaleszan, Grabarki i dalej aż do Kostomłot i Jabłecznej; warto też zajrzeć do Wojnowa na Mazurach; z Lublina bliżej do Turkowic i Jabłecznej
  • na Ukrainie szczególnie znane i czczone miejsca to monastery w Kijowie (Peczory) i w Pczajowie
  • w Grecji monasterów, cerkwi i cerkiewek jest mnóstwo – pośród nich szczególnie znane są: Góra Athos, Meteora, Hosios Lukas, Egina…

Życzę „anioła współpodróżnika” (cs. Angiał sputnika)…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, pozostałe



Jaki jest stosunek Cerkwi do przekazania ciała po śmierci do badań naukowych lub celów dydaktycznych? Anna

Cerkiew jednoznacznie do tego problemu nie ustosunkowała się. Zasadą i normą rozumienia antropologicznego pozostaje, że ciało ludzkie, jest swego rodzaju świętością i powinno po śmierci być złożone do ziemi.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, wiara



1. Czy, jeżeli człowiek nie wyzna grzechu na spowiedzi ale pokaja się w swojej osobistej modlitwie zostanie on oczyszczony? 2. Dlaczego biskup stoi w cerkwi zazwyczaj na podniesieniu? 3. Gdy kobieta jest niedysponowana może całować ikony, krzyż lub przystąpić do spowiedzi? 4. Jacy są jeszcze prawosławni patroni małżeństw oprócz św. Piotra i Febronii? 5. Człowiek modli się ale nie rozumie do końca słów języka cerkiewnego.. Czy w takiej sytuacji modlitwa jest przyjmowana przez Boga? Natalia

  1. Wewnętrzna skrucha nie jest wystarczająca (jest jednak bardzo ważna) dla oczyszczenia z grzechu, potrzebne jest wyznanie przed Bogiem.
  2. Jest to raczej symboliczne podwyższenie wskazujące na funkcję biskupa. Słowo biskup-episkopos– oznacza tego, który „patrzy” lub „nadzoruje”. Rolą biskupa jest „nadzorowanie” porządku w Cerkwi (chodzi ogólnie o Cerkiew, nie o budynek) dlatego też w symboliczny sposób stoi na podwyższeniu aby mógł lepiej widzieć czy jest zachowywany porządek w Cerkwi.
  3. Uważam, że może, chociaż nie wszyscy podzielają te zdanie. Wielu duchownych, od których zaczerpnąłem te myśli wskazują, że naturalna przypadłość organizmu ludzkiego (kobiety) nie może być czymś co odtrąca ją od życia duchowego. Temat był szeroko dyskutowany i trzeba powiedzieć, że ustalonej interpretacji tego problemu nie ma.
  4. Chyba najbardziej znanymi opiekunami instytucji małżeństwa są św. Joakim i Anna, rodzice Maryii, którą Bóg wybrał na Bożą rodzicielkę.
  5. Myślę, że jest to problem ogromnej większości wiernych naszej Cerkwi. Pan Bóg przyjmuje zawsze naszą modlitwę jeśli wyrażana jest ona z pobożnością i oddaniem. Nie zawsze zrozumiałe słowa wystarczą aby właściwie się modlić.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, liturgika, wiara



Strona 30 z 113« Pierwsza...1020...2829303132...405060...Ostatnia »