Czy jeśli w czasie spowiedzi batiuszka sam mówi o grzechach i o to abyśmy prosili o ich wybaczenie, nie pyta się nas o grzechy, to taka spowiedź jest dobra? Adam

Jeżeli podczas spowiedzi duchowny wymienia grzechy, które rzeczywiście popełniłeś, to jak najbardziej trzeba wyrazić skruchę (potwierdzić to, mówiąc „żałuję”) i można by ją nawet uznać za dopuszczalną, ale tylko pod warunkiem, że duchowny nie pominął żadnego z tych, z którymi przyszedłeś do spowiedzi (a tego raczej trudno się spodziewać). Koniecznie trzeba wówczas ‚wtrącić swoje’ i powiedzieć o pozostałych grzechach. Spowiedź to dokonywane przez nas samych ujawnianie naszych grzechów Panu Bogu w obecności duchownego. Bóg zna wszystkie nasze grzechy i oczekuje, że z żalem i skruchą, i z obietnicą poprawy nazwiemy je wszystkie o imieniu – tylko my możemy to zrobić i nikt nie może nas w tym zastąpić.

W tzw. „zamierzchłych czasach” funkcjonowały swego rodzaju ustalone „regułki” wypowiadane podczas spowiedzi – zawierały dość ogólnie ujęte wyznanie grzechów i potwierdzenie skruchy. W związku z trudnościami związanymi z „nazywaniem grzechów po imieniu” duchowni podejmowali próby udzielania pomocy „nieporadnie spowiadającym się” i mówili o grzechach, które mogły się pojawić (bo zwykle się pojawiają). Miało to m.in. pomóc zarówno dzieciom, jak i dorosłym w rozeznaniu i uświadamianiu co jest, czy co może być grzechem, bo ciągle (często?) zdarza się, że popełniamy jakiś grzech(y) nieświadomie czy nieumyślnie. Choć obecnie świadomość dzieci i młodzieży w kwestii grzeszności i spowiedzi bywa znacznie większa, z pewnością nie jest to powszechne zjawisko i zapewne dlatego niektórzy duchowni „starej szkoły” postępują dalej „po staremu”. Wypowiedź duchownego można traktować jako przejaw przewodnictwa duchowego, który zaczął towarzyszyć misterium spowiedzi i który też jest oczekiwany przez wielu przystępujących do spowiedzi. Znam też jednak spowiedników, którzy traktują spowiedź „w ścisłym tego słowa znaczeniu” – tj. będąc świadkami wyznawania grzechów, jedynie słuchają, mogą ewentualnie zadać jakieś pytanie w związku z tym, co usłyszeli (np. czy często dany grzech się pojawia), po czym zapytują: „czy żałujesz” i wypowiadają słowa modlitwy rozgrzeszającej. Spowiednika, duchowego opiekuna trzeba sobie wybrać podobnie jak wybiera się lekarza rodzinnego. Robimy to ‚z premedytacją’, biorąc pod uwagę wiele istotnych oczekiwań. Nieprawdaż?

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Chciałabym zapytać co Kościół Prawosławny sądzi o szczepionkach przeciwko wirusowi SARS-CoV-2, w internecie można spotkać skrajne opinie np. na jednej ze stron na facebooku podającej się za prawosławną przeczytałam, że tu cytat: „Kto nie da się zaszczepić, prawdopodobnie zostanie wykluczony z reszty społeczeństwa i będzie zmuszony do trwałej izolacji. Wszystko to fachowo nazywa się: agenda ID2020 (…) Ten diabelski system w szybkim tempie zmierza bezpośrednio do tego, co opisane jest w Księdze Apokalipsy.” Magdalena

Nie ma jednej, autorytatywnej odpowiedzi Kościoła prawosławnego na to i na wiele innych podobnych pytań, podobnie jak ma to miejsce w innych wyznaniach chrześcijańskich czy innych religiach (wyjątkiem może tu być Kościół rzymskokatolicki, ale Watykan też nie udziela odpowiedzi na wszystkie pytania). W związku z powyższym lepiej pytać co prawosławni chrześcijanie sądzą na ten (i inne) temat. Jak Pani zauważyła zdarzają się opinie skrajnie negatywne, opatrzone ponadto wymowną (nad?)interpretacją, co bynajmniej nie oznacza, że wszyscy prawosławni z nimi się zgadzają. Podejrzewam, że podobnie jest we wszystkich ludzkich środowiskach. Z lekcji fizyki pamiętam, że przy podsumowywaniu wyników wielokrotnie powtarzanych doświadczeń, obydwie skrajne wartości – najniższa i najwyższa – nie powinny były być brane pod uwagę. To chyba jedna z wielu wskazówek, które sugerują, że „prawda leży pośrodku”…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, pozostałe



Chciałabym otrzymać jasną odpowiedź na temat kwestii in vitro w prawosławiu. Często jest to jedyna droga do posiadania potomstwa. Czy należy traktować to w kategorii grzechu? Anonim

Odpowiedź na to pytanie zawarta jest w książce o. Johna Brecka, „Sacred Gift of Lifa. Orthodox Christianity and Bioethics”, która powinna ukazać się już niebawem w polskim przekładzie jako „Święty dar życia. Prawosławne chrześcijaństwo i bioetyka”. W odróżnieniu od Kościoła rzymskokatolickiego, w prawosławnym chrześcijaństwie nie ma jednej autorytatywnej, powszechnie znanej i akceptowanej opinii na tę i wiele innych kwestii. Pojawiają się głosy poszczególnych Cerkwi lokalnych, biskupów czy teologów, które mogą nawet znacznie różnić się od siebie. Ogólnie rzecz ujmując powiedziałbym, że tego zagadnienia nie należy traktować w kategorii grzechu, podobnie jak w kategoriach grzechu nie rozpatrujemy na przykład samej jazdy samochodem. Trzeba jednak zauważyć, że w związku z prowadzeniem auta mogą pojawić się niepożądane i brzemienne w skutki zdarzenia, które bez wątpienia są grzeszne, albo prowadzą do grzechu. To np. zbyt szybka, nieuważna, ryzykowna (pod wpływem alkoholu?) jazda, która może spowodować kolizję i śmierć kierowcy albo innych uczestników ruchu drogowego. Nieprzepisowe poruszanie się po drogach może zaowocować mandatem, a narażenie innych na niebezpieczeństwo grozi nawet karą sądową. Auto może być też skradzione, dokumenty sfałszowane… Procedury wspomagania rozrodu to niezwykle złożone zagadnienie. Studium o. Johna Brecka wiele wyjaśnia. Polecam lekturę…

Kategorie: bioetyka, Ks. Włodzimierz Misijuk, literatura



Ukończyłem studia podyplomowe i certyfikację na kierunku coaching chrześcijański, chcę pomagać ludziom. Jak kościół prawosławny podchodzi do takiej formy pomocy? Anonim

Nie natknąłem się na oficjalne stanowisko Cerkwi w tej sprawie, ale powiedziałbym, że jest ostrożne. Dużo (jeżeli nie wszystko) zależy od tego, czemu coaching miałby służyć i jakimi metodami miałby się posługiwać. Jeśli miałby przy tym pretendować do swego rodzaju „świeckiej wersji” przewodnictwa duchowego, to z różnych względów mam poważne wątpliwości. Polecam lekturę książki „Przewodnictwo duchowe w monastycyzmie prawosławnym”.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, pozostałe, życie duchowe



Chciałabym poprosić księdza o radę. Mam 34 lata, jestem samotna, nigdy z nikim nie byłam, tylko raz w życiu byłam na randce – jednocześnie jestem osobą uznawaną za niezywkle ciepłą i sympatyczną (moja praca to stały kontakt i spotkania z ludźmi), nie brak mi urody, jestem ustabilizowana zawodowo, finansowo obrotna i mieszkaniowo zabezpieczona, nie mam też żadnych kredytów. Nigdy nie miałam i nie mam żalu czy pretensji do Boga, że nikt się mną nie interesuje ale czasem boli mnie to, że jest tak jak jest. Jest to też chwilami trudne po prostu fizycznie; pomijam pytania i żarty dalszej rodziny. Wiara jest dla mnie bardzo ważna i nie wyobrażam sobie też współżycia i życia razem przed ślubem. Ostatnio rozmawiałam na zupełnie inny temat z matuszką (nie wie, że jestem sama) i nagle wspomniała mi o świętym Stylianie i pokazała mi jego ikonę w naszej cerkwi, nigdy jej nie widziałam bo jest malutka i wisi bardzo daleko z boku. Wiem, że to raczej opiekun dzieci ale wtedy poczułam w sercu, że to wskazówka dla mnie. Co ksiądz radzi? Ala

Cóż mógłbym poradzić? W kontekście ograniczeń powodowanych zmaganiami z pandemią zabrzmi to co najmniej dziwnie, ale przecież te ograniczenia w końcu zostaną zniesione i wrócimy do normalności. Pisze Pani o „stałych kontaktach i spotkaniach z ludźmi”, ale to spotkania „zawodowe”. W tym kontekście na pewno może się zdarzyć niejedna cenna znajomość, ale to raczej bierna, bo „wyczekująca” postawa. Chrystus powiedział: „Szukajcie, a znajdziecie”. Warto zatem spróbować częściej „wychodzić na zewnątrz” i spotykać się z ludźmi z naszego „prawosławnego podwórka”. Znam kilku samotnych mężczyzn, którzy też rozglądają się w poszukiwaniu prawosławnej partnerki. Jeszcze w zeszłym roku dość regularnie spotykała się dość liczna grupa 30+40+, ale ostatnio „słuch o niej zaginął” – może zeszła do cyberprzestrzeni? W Przeglądzie Prawosławnym była niegdyś rubryka „Poznajmy się” – może warto sprawdzić czy zgłoszenie spowoduje, że znowu ruszy? Mimo pandemicznych ograniczeń w tym roku również szły (i jechały) pielgrzymki na Grabarkę – w większości uczestniczyli w nich młodzi ludzie. Wspominam o tym, bo znam małżeństwa, które okazały się owocem pielgrzymkowych znajomości. Niech spotkanie z ikoną św. Styliana pobudza do spotkań w prawosławnym (i nie tylko?) środowisku.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, pozostałe, rodzina



Czcigodny Ojcze. Jestem katolikiem i od wielu lat czytam Wasz portal. Interesuje się Prawosławiem i mam ogromny szacunek. Proszę wybaczyć pytanie, ale zastanawia mnie jedna sprawa. Dlaczego Cerkiew prawosławna w Polsce nigdy publicznie nie staje w obronie wartości chrzecijańskich. Nawet nie mówię o ostatnich wydarzeniach, ale chociażby sprawa darcia Biblii, znieważanie krzyża i inne tego typu sprawy. Wszystkim jesteśmy uczniami tego samego Chrystusa, Jednym Ciałem. Czy nie dobrze to by było odebrane również przez wiernych innych wyznań – że różnimy się, ale w obronie wspólnych wartości potrafimy mówić jednym głosem. Powiem szczerze, zawsze mi głosu Cerkwi w tych sprawach brakuje. Wygląda to tak, że Cerkiem nie chce się mieszać bo narazi się władzy albo możnym tego świata. Szanuję bardzo i Kościół i Cerkiew, ale moim zdaniem (przepraszam jeśli urażę) – Cerkiew zawsze idzie pod ramię z władzą, jaka by ona nie była. Filip

Drogi Panie Filipie, Na te pytania (i zarzuty) spróbuję odpowiedzieć kilkoma cytatami z mądrości ludowych. „Dlaczego Cerkiew prawosławna w Polsce nigdy publicznie nie staje w obronie wartości chrześcijańskich?” (chodzi tu m.in. o darcia Biblii, znieważanie krzyża i inne tego typu sprawy) Anglicy mawiają: „never say never” (nigdy nie mów nigdy), a inne mądrości dodają: „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”. Bywają bowiem sytuacje, w których milczenie jest bardziej wymowne, niż tysiące słów. Zdarza się, że ludzie robią głupstwa (np. naruszają tzw. wartości chrześcijańskie) z różnych powodów, np. aby zwrócić na siebie uwagę, albo wyrządzić komuś przykrość. Wszelka reakcja okazuje się wówczas nie tylko satysfakcjonująca, ale też pobudza ich do dalszych prowokacji. Może lepiej nic nie mówić, bo same ich czyny i słowa ‘wystawiają im świadectwo’. Słyszałem też drastyczną dobrą radę, aby nie ruszać ‘zaschniętych ekskrementów’ nawet słowem, bo znowu zaczną ‘emitować’… Zdarza się, że mniejszość nawet gdy się wypowiada, nie jest słyszana. Poza tym, wszystko zostało już powiedziane. O Ewangelii, o tym, co dla nas ważne, nam, chrześcijanom trzeba zatem świadczyć naszym życiem. Metropolita Antoni Bloom w jednym ze swoich kazań roztoczył przed słuchającymi i czytającym jego słowa niepokojącą perspektywę – wyobraźmy sobie, że z powierzchni Ziemi znikają wszystkie egzemplarze wszystkich tłumaczeń Ewangelii – Dobrej Nowiny. To nie będzie, to nie powinien być problem, bo cały tekst Ewangelii powinien być ‘co do joty’ odtworzony z obserwacji życia chrześcijan… Róbmy zatem swoje, naśladujmy chrześcijan pierwszych wieków , o których czytamy w „Liście do Diogneta” z II w. „Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem. Nie mają bowiem własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym. Nie zawdzięczają swej nauki jakimś pomysłom czy marzeniom niespokojnych umysłów, nie występują, jak tylu innych, w obronie poglądów ludzkich. Mieszkają w miastach greckich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosują się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz nie do uwierzenia prawa, jakimi się rządzą. Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze. Podejmują wszystkie obowiązki jak obywatele i znoszą wszystkie ciężary jak cudzoziemcy. Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą. Żenią się jak wszyscy i mają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych. Wszyscy dzielą jeden stół, lecz nie jedno łoże. Są w ciele, lecz żyją nie według ciała. Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba. Słuchają ustalonych praw, a własnym życiem zwyciężają prawa. Kochają wszystkich ludzi, a wszyscy ich prześladują. Są zapoznani i potępiani, a skazywani na śmierć zyskują życie. Są ubodzy, a wzbogacają wielu. Wszystkiego im niedostaje, a opływają we wszystko. Pogardzają nimi, a oni w pogardzie tej znajdują chwałę. Spotwarzają ich, a są usprawiedliwieni. Ubliżają im, a oni błogosławią. Obrażają ich, a oni okazują wszystkim szacunek. Czynią dobrze, a karani są jak zbrodniarze. Karani, radują się jak ci, co budzą się do życia. Żydzi walczą z nimi jak z obcymi, Grecy ich prześladują, a ci, którzy ich nienawidzą, nie umieją powiedzieć, jaka jest przyczyna tej nienawiści. Jednym słowem: czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie. Duszę znajdujemy we wszystkich członkach ciała, a chrześcijan w miastach świata. Dusza mieszka w ciele, a jednak nie jest z ciała i chrześcijanie w świecie mieszkają, a jednak nie są ze świata. Niewidzialna dusza zamknięta jest w widzialnym ciele i o chrześcijanach wiadomo, że są na świecie, lecz kult, jaki oddają Bogu, pozostaje niewidzialny. Ciało nienawidzi duszy i chociaż go w niczym nie skrzywdziła, przecież z nią walczy, ponieważ przeszkadza mu w korzystaniu z rozkoszy. Świat też nienawidzi chrześcijan, chociaż go w niczym nie skrzywdzili, ponieważ są przeciwni jego rozkoszom. Dusza kocha to ciało, które jej nienawidzi, i jego członki. I chrześcijanie kochają tych, co ich nienawidzą. Dusza zamknięta jest w ciele, ale to ona właśnie stanowi o jedności ciała. I chrześcijanie zamknięci są w świecie jak w więzieniu, ale to oni właśnie stanowią o jedności świata. Dusza, choć nieśmiertelna, mieszka w namiocie śmiertelnym. I chrześcijanie obozują w tym, co zniszczalne, oczekując niezniszczalności w niebie. Dusza staje się lepsza, gdy umartwia się przez głód i pragnienie. I chrześcijanie, prześladowani, mnożą się z dnia na dzień. Tak zaszczytne stanowisko Bóg im wyznaczył, że nie godzi się go opuszczać.”

Chciałbym, żeby to wszystko było o nas, tutaj i teraz…

„Wygląda to tak, że Cerkiew nie chce się mieszać bo narazi się władzy albo możnym tego świata […] Cerkiew zawsze idzie pod ramię z władzą,
jaka by ona nie była.” Mądrości ludowe mawiają: „Jak ci się wydaje, to się przeżegnaj” Wydarzenia ostatnich dziesięcioleci, a ostatnich dni w szczególności, prowokują wręcz do stwierdzenia: „Przyganiał kocioł garnkowi”…?

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, pozostałe



Mam pytanie odnośnie stanowiska Cerkwii Prawosławnej dotyczącej aborcji w sytuacji kiedy płód ma wady rozwojowe uniemożliwiające mu życie po urodzeniu np. bezmózgowie, niedorozwój – absolutnie nie mam na myśli aborcji zdrowych poczętych dzieci. Mam trudność w sformułowaniu drugiego pytania ale : czy matka która dokona decyzji o usunięciu takiej ciąży zostaje przez Cerkiew w jakimś stopniu odsunięta? Magdalena

Na pierwsze pytanie odpowiadałem tutaj już wcześniej. Teraz powtórzę tylko, że życie jest darem Bożym i skoro Bóg nam je dał, tylko On może je ‘odebrać’, tylko On może zdecydować, kiedy nastąpi jego koniec. To dlatego Cerkiew nie zgadza się na karę śmierci i na aborcję. Wyjątkiem może być jedynie zagrożenie dla życia matki. Każdy grzech, to nasze odwracanie się od Boga i ‘robienie/postępowanie po swojemu’, zgodnie z naszą, daną nam przez Boga wolną wolą, ale wbrew woli Boga. Dogłębna analiza naszych grzechów to ewangeliczna przypowieść o ‘synu marnotrawnym’. Jego grzechem nie było jedynie roztrwonienie majątku, który wyniósł z domu ojca, jak sugeruje potoczna nazwa tej przypowieści we współczesnych językach. Po cerkiewnosłowiańsku mowa tu o ‚błudnym’ synu, o jego zbłądzeniu albo nierządzie, tj. postępowaniu wbrew dobrym, ustalonym zasadom. Grzechem jego ‘zbłądzenia’ było nade wszystko to, że zerwał więź z ojcem – można powiedzieć, że ‘pochował’ go za życia, bo upomniał się o spadek przed jego śmiercią. Gdy wszystko roztrwonił, nie miał co jeść, wspomniał, że słudzy w domu ojca mają lepiej niż on w tej dalekiej krainie – dostąpił pokajania, ‘głębokiego zrozumienia’ nie tylko tego, jakim się stał przez to, że zgrzeszył, ale również tego, jaki powinien się stać, co powinien zrobić przez to, że jest synem ojca. Wrócił, aby prosić ojca by po tym, co uczynił, przyjął go z powrotem, ale jako sługę. Co bardzo dla nas ważne w tej przypowieści, to reakcja ojca – on ciągle wierzył, że syn się opamięta (dostąpi pokajania – głębokiego zrozumienia) i wróci, wyglądał go, wybiegł mu na spotkanie, kazał sługom umyć go, ubrać w jego najlepsze szaty, które zostały w domu i nałożył mu pierścień na palec – przyjął go z powrotem nie jak sługę, ale jak syna. Gdy grzeszymy, to my sami w mniejszym czy większym stopniu ‘odsuwamy się’ od Boga, odwracamy się od Niego i idąc ‘swoją drogą’, odchodzimy do dalekiej krainy samotności. Ale Bóg, jak ojciec i Cerkiew, jak matka czekają na nas z utęsknieniem, gotowi wybiec nam na spotkanie… Dobrze byłoby jednak pamiętać, że nasze miejsce jest w domu ojca i najlepiej nigdy stamtąd nie odchodzić… Święci ojcowie zostawili nam wskazówki, jak postępować w różnych trudnych przypadkach. Te wskazania nazywamy cerkiewnymi kanonami. Jednak każdy ‘przypadek’, tak jak każdy człowiek, jest inny i to dlatego przystępując do spowiedzi, trzeba opowiedzieć o wszystkim Bogu, a duchowny, który jest świadkiem naszej spowiedzi wskaże, jak trzeba będzie postępować, aby ‘wrócić/wracać do domu Ojca’. ‚Komu w drogę, temu czas…”

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Mam pewien problem, ponieważ od dłuższego czasu zmagam się z grzechem przejadania się. Otóż było ostatnio dużo stresujących sytuacji w moim życiu i zaczęłam po prostu dogadzać sobie jedząc, po prostu jadlam ponad miare, potrafiłam na raz zjeść cała czekoladę, pół ciasta. Później jakoś sobie z tym zaczęłam radzić ale teraz to znowu wraca a ja tracę kontrole. Cały czas obiecuje sobie ze juz nie będę, że jak najdzie mnie chwila słabości to się pomodlę i przejdzie. Niestety nie pomaga, obietnice nic nie dają a o modlitwie zapominam. Co mogę w tej sytuacji zrobić ponieważ naprawdę wieczorem przy modlitwie jest mi niezręcznie przed Bogiem prosząc o wybaczenie i nie robiąc żadnych postępów. Anonim

Modlitwa, prośba o Bożą pomoc jest bardzo ważna, ale do słów modlitwy trzeba też dodać nasze konkretne działania – trzeba z Bogiem współpracować (to po grecku synergia). Róbmy wszystko, co możemy zrobić, najlepiej jak potrafimy. Nie zrażajmy się, gdy znowu nie wyszło. Nie opuszczajmy rąk i nie poddawajmy się rozgoryczeniu. „Na wszystko jest sposób”, ale trzeba go szukać, znaleźć i zastosować. Chrystus powiedział: „szukajcie, a znajdziecie”. Jeśli sami nie radzimy sobie z jakimiś problemami, warto zwrócić się z prośbą o pomoc ‚z zewnątrz’. Bóg nam pomaga, ale za pośrednictwem innych ludzi. Uzależnieni od narkotyków, alkoholu, nikotyny, gier komputerowych, telefonów komórkowych, pracy itp. poddają się różnym terapiom odwykowym. Bywa trudno, ale jeśli coś przychodzi z trudem, to znaczy, że jest ważne i potrzebne, i warto o to walczyć. Powodzenia…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Odnośnie ustawy którą chce wprowadzić rząd. Kobieta nosi dziecko które zaraz po urodzeniu umrze, przez kilka godzin będzie umierać w cierpieniach. To to jest życie? Odpowiedział ksiądz w na pytanie (niżej), że kobiety nie biorą pod uwagę co czuje dziecko podczas przerywania ciąży. Nie, bo biorą pod uwagę co czuje gdy się urodzi i umiera w mękach przez kilka godzin a kto wie czy nie cierpi też w łonie matki? A co czuje wtedy ta kobieta? Nie sądzę aby któraś chciała dokonywać aborcji, ale czy każda kobieta jest w stanie wytrzymać cierpienia umierającego dziecka które dopiero co przyszło na świat? Nie każda kobieta jest wierząca, czy odbieranie takiego wyboru innym nie jest grzechem wierzących? Bo bardzo dużo ludzi „wierzących” jest za tą ustawą, nie mając na uwadze ludzi nie wierzących, chcąc narzucić wszystkim swoje przekonania. Ludzie broniący kościołów atakują kobiety w protestach, biją starszą nożami, czy to jest wiara? Paulina

„Co czuje [kobieta] gdy się urodzi dziecko, które umiera w mękach przez kilka godzin, a kto wie, czy nie cierpi też w łonie matki?” Tego zapewne nie da się nawet wyobrazić. Ale czy ten niewypowiedziany ból i cierpienie matki okaże się mniejszy, gdy dziecko zostanie zabite i usunięte? Czy będzie mniejszy, bo krótszy? Ojciec John Breck, autor książki „Święty dar życia”, stawia inne pytanie: „Co właściwie należałoby uczynić w najlepszym interesie dziecka? Czy bardziej dla niego pożądane są narodziny na ten świat, aby mogło doznać bardzo krótkiego, ale jednak peł¬nego bólu istnienia do czasu, gdy po kilku dniach lub co najwyżej po kilku miesiącach zabierze je śmierć, czy też powodowane usunięciem ciąży odbieranie mu tego doświadczenia (i w związku z tym nie poczuje, że jest kochane, nie dozna żadnego poczucia więzi, a jedynie nieutulony ból)?” Ponadto trzeba tu przynajmniej wspomnieć o jeszcze większym, bo dodatkowym i długotrwałym bólu, którego doświadczają kobiety po dokonaniu aborcji. „[…] każda z nich jest matką od czasu poczęcia dziecka, a nie tylko od jego narodzin. Jak sugeruje tytuł książki D. Reardona (Aborted Women. Silent No More, Loyola University Press, Chicago 1987, r. 4, Psychological Impact of Abortion), podejmowana przez nią śmiercionośna decyzja o przerwaniu ciąży czyni ją „kobietą poronioną”. Przerywanie wzrastającego w niej nowego życia powoduje śmierć części jej samej. Wynikający stąd ból jest długotrwały i głęboki.” „Nie każda kobieta jest wierząca, czy odbieranie takiego wyboru innym nie jest grzechem wierzących?” Sama Pani zauważyła, że „ustawę […] chce wprowadzić rząd”. Ta kontrowersyjna decyzja prawników i ewentualna rządowa ustawa ingeruje nie tylko w wolność kobiet, ale też jest niezgodna ze sposobem działania „wierzących”, bowiem, jak podkreśla o. J. Breck: „w Cerkwi duchowni, etycy i inni ludzie mogą doradzać, ale nie nakazywać, nakłaniać, ale nie narzucać.” Końcowe pytanie uznałem za retoryczne…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Chciałabym, aby Bóg pomógł mi w kilku sprawach, jednak prosząc Go o to codziennie czuję się trochę tak jakbym od siebie nic nie dawała, czuje jakbym prosiła o zbyt wiele. Czy to jest właściwe. Ponieważ wielu świętych mówiło, aby nie prosić o nic Boga oprócz wybaczenia grzechów i podziękowań za wszystko. Jednak ja naprawdę wiem ze bez Jego pomocy nie jestem w stanie tych spraw rozwiązać… Agnieszka

„Proście, a będzie wam dane…” Bóg pomaga, ale przy współpracy z nami. Jeżeli prosisz o Bożą pomoc, ale przy tym nie robisz nic, co miałoby daną sprawę załatwić, nic z tego nie wyjdzie. Modlitwa nie jest magicznym zaklęciem w rodzaju: „Stoliczku nakryj się”. Pan Bóg pomoże nam nakryć do stołu, ale naszymi rękoma. Róbmy swoje. Nie oczekujmy od Boga, że zrobi za nas to, co my sami powinniśmy zrobić. Można by tu zacytować anegdotę o biedaku, który w swych codziennych modlitwach tygodniami nieustępliwie prosił o wygraną na loterii, aż w końcu usłyszał głos z nieba: „Daj mi szansę, kup choć jeden los…”

Życzę wytrwałości w modlitwie i skuteczności w podejmowanych dobrych działaniach. Z Bożą pomocą wszystko jest możliwe!

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Strona 1 z 1212345...10...Ostatnia »