Gdzie jeszcze można (też kobiety mogą) spotkać się/porozmawiać ze starcami, którzy otrzymali od Boga dar wglądu w ludzie serca, dusze i też widzenia przyszłości? Kasia

Tacy starcy to bardzo wielka rzadkość i dzisiaj trudno z nimi się spotkać/porozmawiać (mężczyznom też). O tym jak bardzo to trudne podpowiada tekst bp Kallistosa – „Przewodnictwo duchowe w prawosławnym chrześcijaństwie” dostępny na cerkiew.pl – http://www.typo3.cerkiew.pl/index.php?id=prawoslawie&a_id=74 – albo w książce „Przewodnictwo duchowe w prawosławnym monastycyzmie”. Tych, którzy twierdzą, że mają taki/e dar/y najlepiej unikać i omijać ich z (bardzo) daleka… A poza tym, dociekania na temat przyszłości mogą się okazać niebezpieczne. Jedna z mądrości ludowych ostrzega: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła” Ostrożność jest zatem wskazana…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Czy jeśli otrzyma się rozgrzeszenie w trakcie pokajania (spowiedzi), odbędzie się epitanie nadaną przez księdza, naprawdę żałuje się tego co sie zrobiło, zmieniło się swoje zachowanie to czy trzeba mówić swój grzech osobie którą się skrzywdziło jeśli ona tego nie wie (np: czy powiedzieć o zdradzie swojemu małżonkowi albo przyznać się do kradzieży osobie której coś się ukradło – poza anonimowym oddaniem rzeczy ukradzionej itp). Czy to jest wymóg do odpuszczenia grzechu przez Pana Jezusa czy też nie? Czy Pismo Święte albo Tradycja mówią coś na ten temat? Wiem, że pytanie jest bardzo trudne, ale co szkodzi zapytać. Marek

To rzeczywiście trudne pytanie i trudno (a nawet nie można) na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Powiedziałbym, że dużo (jeżeli nie wszystko) zależy od kontekstu. Jeżeli po zdradzie rzeczywiście nastąpiło prawdziwe pokajanie/nawrócenie/opamiętanie/skrucha/głębokie zrozumienie, a postanowieniu powrotu na właściwą drogę towarzyszą usilne starania o pozostanie na tej drodze i dalsze podążanie ku królestwu Bożemu (to najważniejszy cel małżeństwa), dużo (jeżeli nie wszystko) zależy od tego, jak zdradzony/a przyjęłaby wyznanie prawdy. Ujawnienie zdrady z pewnością byłoby swego rodzaju „sprawdzianem miłości”, tego, czy jest już na tyle dojrzała, że „wszystko znosi, [..] nigdy nie ustaje” (por. 1 Kor 13, 1-13). Wierzę, że w takim przypadku to wyznanie mogłoby ją nawet dodatkowo umocnić i utrwalić. (Tego rodzaju przypadki opisywane są w literaturze pokazywane w kinematografii, ale też znam takie z „realu”.) Ale czy na pewno jest już gotowa wszystko znieść i wszystko wybaczyć? Czy trzeba to „sprawdzać” w taki sposób? Czy warto? Mądrości podpowiadają: „wszystko w swoim czasie…” Co na to Tradycja? W pierwszych wiekach chrześcijaństwa (I-III w.) praktykowana bywała spowiedź publiczna – grzesznicy spowiadali się ze swych grzechów przed Bogiem i przed całą parafialną wspólnotą, wyrażając swój żal i skruchę, błagając wszystkich obecnych w cerkwi o przebaczenie i modlitewne wsparcie. Ściśle przestrzegane były wówczas srogie (drastyczne wręcz, z naszej współczesnej perspektywy) epitemie – często długotrwałe i uciążliwe „lecznicze terapie”, które pomagały w leczeniu chorób duszy, którymi są grzechy. Zabójstwo, przerwanie ciąży, cudzołóstwo czy nierząd powodowały kilku- albo kilkunastoletnią ekskomunikę – nie za karę, ale w związku z długim procesem leczenia grzesznej choroby. Tego rodzaju spowiedź nie przetrwała długo. Choć wspólnoty chrześcijan były małe i „zamknięte”, choć obowiązywała ścisła tajemnica spowiedzi, tj. nikomu nie wolno było ujawniać niczyich grzechów ujawnianych podczas publicznej spowiedzi w cerkwi, zdarzały się „przecieki”, które powodowały, że grzesznicy, którzy poddawali się kanonicznemu pokajaniu („pokucie”), byli w konsekwencji dodatkowo pociągani do odpowiedzialności „cywilno-prawnej” – byli aresztowani, sądzeni, wtrącani do więzienia lub nawet skazywani na śmierć. Nie chodziło tu o to, że kary sądowe były „nie na miejscu”, niesłuszne czy niesprawiedliwe, ale o to, że konsekwencje grzech okazywały się „podwójne”… Ujawnienie grzechu przed Bogiem i wspólnotą oraz podejmowane w konsekwencji długie i bolesne procedury jego „leczenia”, po naruszeniu tajemnicy spowiedzi bywały „dublowane” przez wyroki sądowe. A mądrości ludowe stwierdzają – „co za dużo, to niezdrowo”…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina, życie duchowe



Jestem prawosławna, a mój mąż jest katolikiem jesteśmy w ślubie cywilnym. Dziesięć miesięcy temu urodziła się nam córeczka. Której jeszcze nie ochrzciliśmy, ale chcemy to zrobić w najbliższym czasie w Kościele katolickim ponieważ nie moge przekonać męża na chrzest dziecka w Cerkwi. Bardzo lubię chodzić do cerkwi, jak tam jestem to odczuwam blagodat’ Boga i nie wyobrażam sobie że nie będę mogła chodzić do cerkwi bez swojego dziecka. Mam takie pytanie: Czy można uczestniczyć w nabożeństwach z dzieckiem nawet jak ochrzcimy go w Kościele rzymskokatolickim? Jak pierwszy raz wprowadzić dziecko w cerkiew? Czy to ma zrobić batiuszka? Czy można podnosić dziecko do Pryczastia? Iryna

Myślę, że warto jednak próbować przekonywać męża, aby dziecko zostało ochrzczone w Cerkwi. O niektórych „konsekwencjach” chrztu dziecka w Kościele rzymskokatolickim pisałem ostatnio w odpowiedzi z 27-08-2020 i
kilku wcześniejszych. Na podobne pytania odpowiadałem już kiedyś tymi słowami: „W naszym prawosławnym pojmowaniu misteria (sakramenty) chrześcijańskiej inicjacji („wszczepienia” w Ciało Chrystusa, którym jest Cerkiew) to chrzest, namaszczenie mirrą i Eucharystia. W Kościele rzymskokatolickim na komunię dzieci czekają 7 lat, a na bierzmowanie 14. Modlitwy 40 dnia po narodzinach czytane są nad matką i nad dzieckiem –
to radosne powitanie matki we wspólnocie parafialnej, od której była oderwana przez 40 dni połogu i jednocześnie powitanie nowonarodzonego dziecka we wspólnocie, do której będzie w pełni przyjęte po chrzcie,
miropomazaniu i komunii. Skoro dziecko ma być ochrzczone w Kościele rzymskokatolickim to chyba trudno mówić tu o powitaniu, które zwiastuje pozostanie, nieprawdaż? Decydując o miejscu chrztu dziecka zdecydowaliście o jego „przynależności parafialnej”. Uzgodniliście co prawda, że będziecie „uczęszczać i do cerkwi i do kościoła”, ale pomiędzy „przynależnością” a „uczęszczaniem” jest subtelna różnica… Modlitwy 40 dnia mogą być ograniczone tylko do tych czytanych nad matką, ale trzeba to najpierw skonsultować z Waszym proboszczem.” Pozostaje jeszcze pytanie: „Czy można podnosić dziecko do pryczastia?” Jeśli zostanie ochrzczone w Kościele, to nie będzie mogło przystępować do komunii w Cerkwi. Po pierwsze dlatego, że będzie rzymskim katolikiem i jeśli przystąpiłoby do komunii w Cerkwi, oznaczałoby to, że zmienia wyznanie i zostaje w prawosławiu. Po drugie, jak wspomniałem wyżej, w prawosławiu do komunii przystępujemy po chrzcie i namaszczeniu mirrą (miropomazanie to nasz ‘odpowiednik’ bierzmowania), a w Kościele rzymskokatolickim Wasze dziecko na sakrament bierzmowania będzie musiało
czekać aż do 14 roku życia. Aby dziecko po chrzcie w Kościele mogło przystąpić do komunii/pryczastii w Cerkwi, najpierw powinno przystąpić do sakramentu miropomazania, co jest równoznaczne ze zmianą wyznania, tj. „przeszłoby” wówczas na prawosławie, a to też wypadałoby uzgodnić z mężem…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina, życie duchowe



Czy można być jednocześnie batiuszką na parafii i pracować w zawodzie np. w biurze? Anonim

Jest taka możliwość i, niestety, bywa koniecznością. Gdy wspólnota parafialna jest niewielka i nie jest w stanie zapewnić duchownemu środków niezbędnych na utrzymanie, ten podejmuje wówczas dodatkową pracę, aby utrzymać siebie i swą rodzinę, i być w stanie pełnić posługę duszpasterską w powierzonej mu parafii. Takie ‚rozwiązania’ zdarzają się w krajach/regionach gdzie prawosławni są mniejszością.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, pozostałe



Piszę z pytaniem, które bardzo mnie nurtuje. Jesteśmy z żoną mieszanym małżeństwem, które spodziewa się dziecka. Sam jestem wyznania prawosławnego, żona katolickiego. Ślub wzięliśmy kilka lat temu w cerkwi. Oboje jesteśmy praktykujący i szanujemy wzajemnie swoje wyznania oraz wspólnie uczestniczymy na tyle na ile to możliwe w świątecznych uroczystościach w obu świątyniach. Coraz częściej rozmawiamy na temat chrztu i wiele wskazuje na to, że ochrzcimy je w kościele. Decyzja właściwie jest podjęta, nie chodzi tu również o niczyje naciski ze stron obu rodzin. Muszę zaznaczyć, że żona jest z innej części Polski i na początku prawosławie było dla niej w pewien sposób „egzotyką”, o ile moje wyznanie zaczęło stanowić ważną część jej życia, o tyle nie jest w stanie wziąć na siebie taką odpowiedzialność i wychować naszego dziecka wg mojej wiary, a mi trudno od niej tego wymagać. Oczywiście ojciec również powinien być zaangażowany w duchowe życie dziecka, ale jednak to matka zawsze stanowiła tego typu „drogowskaz” wiem, że dziecko nawet jeśli zostanie ochrzczone w obrzędzie katolickim, będzie aktywnie również uczestniczyć w cerkiewnym życiu liturgicznym, poznając obydwie kultury, jednak wciąż rodzą się poważne pytania. Po pierwsze czy mimo wypełnienia deklaracji przed ślubem, a robiąc inaczej narażamy nasze dziecko na duchową szkodę i szeroko pojętą krzywdę i czy sami nie popełniamy w ten sposób poważnego grzechu, a po drugie czy nie podważamy w ten sposób wiarygodności oraz świętości sakramentu naszego ślubu. Będę wdzięczny za odpowiedź, mimo że możliwe iż takie problematyczne wątki się tu już mogły pojawiać. Paweł

Choć „decyzja właściwie jest podjęta” i „wiele wskazuje na to, że ochrzcimy je w kościele”, jednak zawarte w tych stwierdzeniach słowa „właściwie” i „wiele wskazuje” oraz późniejsze pytania sygnalizują pewne wątpliwości. I słusznie… Absolutnie nie zgadzam się z twierdzeniem, że „dziecko nawet jeśli zostanie ochrzczone w obrzędzie katolickim, będzie aktywnie również uczestniczyć w cerkiewnym życiu liturgicznym”. O jakim „aktywnym cerkiewnym życiu liturgicznym” tu mowa? Skoro dziecko będzie „ochrzczone w obrzędzie katolickim”, to do siódmego roku życia nie będzie mogło przystępować do komunii (jednoczyć się z Chrystusem w misterium Eucharystii), a do czternastego roku życia będzie musiało czekać na bierzmowanie – dar Ducha Świętego. W Cerkwi misterium miropomazania i Eucharystia następują bezpośrednio po chrzcie, bowiem w naszym pojmowaniu człowiek staje się w pełni członkiem Cerkwi właśnie poprzez te trzy sakramenty chrześcijańskiej inicjacji. W chrzcie w imię Świętej Trójcy poprzez trzykrotne zanurzenie w wodzie umieramy z Chrystusem dla życie w grzechu, a wynurzając się, zmartwychwstajemy z Chrystusem do nowego życia. W misterium miropomazania (namaszczenia mirrą) uczestniczymy w Pięćdziesiątnicy – zstępuje na nas Duch Święty i nasze ciało staje się Jego świątynią. W misterium Eucharystii na każdej Boskiej Liturgii jednoczymy się z Chrystusem. To jest prawdziwe chrześcijańskie życie duchowe i tego pozbawicie Wasze dziecko chrzcząc je w kościele. W tym co dla chrześcijanina najważniejsze nie będzie mogło uczestniczyć ani w kościele (do 7 i 14 roku życia), ani w cerkwi… Obecność na nabożeństwie jakoś nie kojarzy mi się z aktywnym uczestnictwem ani w kościelnym, ani w cerkiewnym życiu liturgicznym… Piszesz, że żona „nie jest w stanie wziąć na siebie odpowiedzialności za wychowanie naszego dziecka wg mojej wiary” – ale Twoja i jej wiara to chrześcijaństwo. Absolutna większość (ok. 90%?) wschodniej i zachodniej tradycji chrześcijańskiej jest wspólna. Brak jedności wiary i podział spowodowały dwie poważne różnice dogmatyczne dotyczące najważniejszych dogmatów chrześcijaństwa – o Bogu w Trójcy Osób i Wcieleniu Syna Bożego. Pozostałe różnice są w większości „zewnętrzne” – kulturowe, zwyczajowe itp. – i wyraźnie widoczne. Jeżeli żona nie czuje się na siłach najpierw przynosić, a później przyprowadzać dziecko do komunii w Cerkwi, ojciec bez trudu może (i powinien) ją „zastąpić” i w ten sposób z pewnością będzie „zaangażowany w duchowe życie dziecka”. (Więcej na te tematy można poczytać w odpowiedziach na pytania dotyczące małżeństw mieszanych wyznaniowo) Przejdźmy teraz do kolejnej kwestii. Sparafrazuję nieco Twoje słowa i zapytam: „Jeśli dziecko zostanie ochrzczone w cerkwi, ale będzie również uczestniczyć w kościelnym życiu liturgicznym, poznając przez to obydwie kultury/tradycje chrześcijańskie”, czy dalej trzeba będzie szukać odpowiedzi na stawiane tutaj poważne pytania? Uważam, że z pierwszym z nich: „czy narażamy nasze dziecko na duchową szkodę i szeroko pojętą krzywdę”, już się rozprawiliśmy. W odniesieniu do drugiego zapytam, nazywając rzecz po imieniu: czy postępując niezgodnie z deklaracją złożoną przed ślubem nie macie zamiaru dopuścić się kłamstwa? W Kościele rzymskokatolickim w Polsce tego rodzaju deklaracja traktowana jest jak przysięga (składana przed Bogiem?). Strach się nie bać… Wątpliwości i obawy są zatem uzasadnione. Warto jeszcze raz (i jeszcze raz) głęboko się nad tym zastanowić. Polecam Wam obojgu lekturę książki bp Kallistosa Ware „Kościół prawosławny”. Poczytacie tam o różnicach i podobieństwach, o tym, że więcej nas łączy, niż dzieli. W związku z tym łatwiej będzie Wam zdecydować, czy od razu umożliwić dziecku pełnię chrześcijańskiego, sakramentalnego życia, czy od początku jego życia przez kilka(naście) lat pozbawiać je takiej możliwości…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina



Proszę Księdza prześladuje mnie myśl o śmierci. Nigdy tak nie miałam, Nikt z mojej rodziny czy znajomych Teraz nie umarł. Nigdy takich myśli nie miałam, mam 34 lata, wierzę w Boga ale jestem tym zaskoczona i nie wiem co robić. Te myśli dotyczą tego że umrę /jak wszyscy/, lęku przed śmiercią i tego czy i co dalej będzie. Zastanawiam się czy to nie następstwo /stres/ po czasie zamknięcia i zmiany stylu życia przez pandemię ( przed nią moje życie było wypełnione ludźmi i spotkaniami z nimi w ramach pracy, bywanie na mieście – Teraz jest to cały czas praca z domu, bycie w domu. Moi wszyscy dawni klienci wykruszyli się w sposób naturalny, nikt też nie chce podjąć ryzyka ze spotkaniami i pracą twarzą w twarz). Anonim

Z jednej strony to niepokojące, ale z drugiej (z tzw. odwróconej perspektywy) wypadałoby się z tego cieszyć. W dawnych czasach chrześcijanie nie witali się słowami: ‚dzień dobry’, lecz napominali siebie nawzajem, mówiąc: „Pamiętaj o śmierci” (łac. Memento mori). Nie robili tego, żeby przypominaniem o śmierci obrzydzać sobie życie, ale po to, aby lepiej żyć. Ludzie już dawno zauważyli, że w obliczu śmierci człowiek próbuje żyć ‚dokładniej’ – skoro to może być jego ostatnie słowo, to wypowiada je ‚z namaszczeniem’, nadając mu pełnię treści – „dzień dobry” staje się prawdziwie życzeniem dobrego dnia, przestaje być pobieżnym, bezrefleksyjnym „bry”, czy czymś w tym rodzaju. Bliscy również inaczej (lepiej) odnoszą się do umierającego, bo ich słowa czy gesty mogą być ostatnimi, które umierający „zabierze ze sobą do grobu”… Pamięć o śmierci powinna nam towarzyszyć na co dzień, aby pomagać nam na bieżąco napełniać głębią treści wszystkie nasze słowa, nasze uczynki, naprawiać i udoskonalać nasze relacje z innymi ludźmi. To nam potrzebne (niezbędne) na drodze do zbawienia. Trzeba nam, chrześcijanom, pamiętać, że dopiero po śmierci wracamy do „miejsca naszego stałego zameldowania”, którym jest niebiańskie Jeruzalem – królestwo Boże. Tutaj na ziemi jesteśmy zameldowani tylko tymczasowo. Nasze miejsce jest w wieczności… Śmierć jest końcem życie ziemskiego, ale jednocześnie jest początkiem nowego, wiecznego życia, do którego wprowadza nas nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus. Niepokojąca może być możliwość, że natrętne, niekontrolowane myśli o śmierci spowodują równie natrętne i niepożądane myśli o samobójstwie. Z tego rodzaju myślami koniecznie trzeba walczyć. Najlepiej nie dopuszczać ich do naszego umysłu, a jeśli się pojawiają, trzeba je jak najszybciej zwalczać, nie wolno się nimi ‚zajmować’, wchodzić z nimi w dialog. Najnowsze badania medyczne wskazały na wiele źródeł myśli samobójczych – okazuje się, że jednym z nich było swego czasu łatwo dostępne lekarstwo na anginę (a obecnie różnych leków jest dużo więcej, więc warto „przed ich użyciem skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą”…). Samotność i izolacja spowodowana pandemią mogły spowodować i nasilić myśli o śmierci i umieraniu, mogły też być pobudzone czy wzmożone jakimiś innymi czynnikami. Skoro się pojawiły, próbuj wykorzystać je pozytywnie i konstruktywnie – niech pobudzają do myślenia o tym, co dobrego można by tu jeszcze zrobić na tej ziemi. Niech pobudzają do dobrego działania.

Na koniec proponuję jeszcze dwa cytaty. W tekstach prawosławnego nabożeństwa pogrzebowego czytamy:

Na początku z niczego stworzyłeś mnie Panie
I obdarzyłeś mnie Twym Bożym obrazem.
Ale przez to, że przykazań Twych nie spełniłem,
Przywróciłeś mnie ziemi, z której wzięty zostałem.
Przywróć mnie znów do Twego podobieństwa
Odtwarzając obraz dawnej chwały i uroku.

W skomponowanym dla siebie epitafium, Beniamin Franklin (jeden z „ojców założycieli Stanów Zjednoczonych”, który z zawodu był drukarzem)stwierdził, że śmierć jest sposobem na to, abyśmy doznali „poprawy i uzupełnienia”:

Ciało
Beniamina Franklina, drukarza,
spoczywa tutaj, (pokarm dla robaków!)
jak okładka starej księgi,
ze zużytą zawartością,
pozbawiona tytułu i złoceń.
Samo dzieło nie ulegnie jednak zatraceniu,
albowiem, jak wierzył, pojawi się ponownie
w nowym,
jeszcze piękniejszym wydaniu,
poprawionym i uzupełnionym
przez swego Autora!

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Jak cerkiew odnosi się do wybaczenia zdrady w szerokim tego słowa znaczeniu w związku dwojga ludzi, który nie został jeszcze zwieńczony sakramentem małżeństwa? Daniel

Narzeczeństwo i planowane małżeństwo oraz „szerokie znaczenie słowa zdrada w związku dwojga ludzi” w kontekście pytania o wybaczenie budzą pytanie o rodzaj czy „kaliber” tej zdrady. Zakochana „po uszy” osoba za zdradę może uznać nawet przelotne spojrzenie ukochanej osoby, skierowane na kogoś innego. Jeśli to tylko spojrzenie i rzeczywiście tylko przelotne, raczej trudno mówić o zdradzie i potrzebie czy konieczności wybaczania.

Przychodzą tu jednak na myśl słowa Chrystusa o cudzołóstwie – w Ewangelii czytamy, że cudzołożne może być nawet lubieżne spojrzenie mężczyzny na inna kobietę (i kobiety na mężczyznę zapewne też…). Tu z kolei pojawia się pytanie, czy o cudzołożnym spojrzeniu można mówić w przypadku gdy dochodzi do niego przed sakramentem małżeństwa. Twierdząca odpowiedź pojawia się w przypadku, gdy tym spojrzeniem „obdarzona” została kobieta zamężna. Gdy dochodzi do tego pomiędzy osobami, które nie weszły jeszcze w związki małżeńskie, wypadałoby mówić o nierządzie. Stwierdzić tu jednak trzeba, że „i tak źle, i tak niedobrze”…

Na pytanie, jak Cerkiew odnosi się do wybaczenia zdrady odpowiadam słowami Modlitwy Pańskiej: „odpuść nam nasze winny, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom”, Dodałbym też słowa apostoła Pawła z jego z hymnu o miłości (1 List do Koryntian 13,1-13). Czytamy tam między innymi: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. […] nie unosi się gniewem, nie pamięta złego […]Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje”

Polecam lekturę całości hymnu i serdecznie życzę prawdziwej miłości, która pomaga przebaczać…

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina, wiara



Mam 17 lat i staram się poprawić jakość mojej relacji z Bogiem. Nie jestem pewna w kwestii postów w środy i piątki. Mianowicie – miałam operację kolana i by procesy gojenia dobrze działały powinnam dobrze się odżywiać i boję się na te dni rezygnować z produktów mięsnych i mlecznych. Staram się natomiast rezygnować wtedy z wszystkiego co słodkie i zabaw. I czy w środy i piątki można spożywać tylko jeden posiłek o 15 czy można mieć kilka mniejszych posiłków? Aleksandra

Przepraszam za opóźnioną odpowiedź. Mądrości ludowe mawiają: „Im prędzej, tym lepiej”, ale pocieszam się twierdzeniem, że „lepiej później, niż wcale”.

W złożonej na swój sposób kwestii postów w prawosławnym chrześcijaństwie trzeba wskazać na pewne reguły, którymi można się kierować. Jedna z nich mówi, że w okresie choroby, ciąży, karmienia piersią, podczas podróży czy w podeszłym wieku post nie obowiązuje albo reguły postu można nieco albo znacznie zredukować.

Gwoli ścisłości trzeba stwierdzić, że posty jednodniowe, czyli środy i piątki oraz niektóre dni kalendarza cerkiewnego (np. wigilia Narodzenia Chrystusa. wigilia Chrztu Pańskiego, dzień Ścięcia Głowy św, Jana Chrzciciela) to dni całkowitego powstrzymywania się od jedzenia. Różnie bywa z ustaleniami długości tego jednodniowego postu. W cerkiewnej rachubie czasu „dzień zaczyna się z wieczora”, więc post wypadałoby rozpocząć od czasu sprawowania wieczerni, czyli ok. 17-18. To samo dotyczy końca dnia liturgicznego. We współczesnej praktyce wielu (większość?) prawosławnych (i nie tylko prawosławnych) za początek kolejnego dnia uważa jednak zegarową północ. Jeśli zatem rozpoczynamy post o północy, wypadałoby kończyć go również o północy dnia następnego, nieprawdaż?. Jeśli zdecydowaliśmy, że rozpoczynamy „z wieczora”, niech trwa do wieczora. Jeśli natomiast kończymy ok 15:00, czy nie wypadałoby rozpoczynać o tej samej porze? Nie chodzi tu jednak o rygorystyczną dokładność w przestrzeganiu długości postu, ale o jego „prawdziwego ducha”. Post jest dla nas, a nie my dla postu.

Posty wielodniowe polegają na powstrzymywaniu się głównie od mięsa i nabiału, ale też od rozrywek i przyjemności. W jadłospisie pojawiają się wówczas owoce i warzywa. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że można też (a nawet wypadałoby) powstrzymywać się wówczas nawet od czegoś, co jest „postne”, ale jest to nasza ulubiona potrawa. Przykład z moich studenckich czasów: gdy rozpoczynał się okres postu, na stołach jadalni seminarium teologicznego pojawiały się duże pojemniki z masłem orzechowym, wszyscy zaczynali się nim postnie „delektować”, ale pewien student pościł, powstrzymując się od niego, bo to była jego ulubiona codzienna potrawa…

Trzeba nam wiedzieć i pamiętać, że w poście powstrzymujemy się od tego co dobre, po to, aby podtrzymywać w sobie zdolność powstrzymywania się od grzechu. W poście najważniejszy jest zatem człowiek, nasz bliźni. Post to narzędzie, które pomaga nam podtrzymywać i doskonalić relacje z innymi ludźmi. Jeśli nie mogę powstrzymać się od zjedzenia odrobiny jakiegoś smakołyka, czy będę w stanie powstrzymać się od jakiejś perfidnej demonicznej pokusy?

We współczesnej praktyce wielu (większość?) prawosławnych (i nie tylko prawosławnych) zapomniała o podstawowej zasadzie postów jednodniowych (nie jemy nic) i do śród i piątków stosuje reguły postów wielodniowych (to jemy, a tego nie). Myślę, że warto wracać do tej zapomnianej praktyki, ale nie koniecznie od razu, z dnia na dzień. Można rozłożyć to na raty i stopniowo redukować środowy i piątkowy jadłospis aż do zera.

Słuszność praktykowania tego rodzaju postu zdaje się potwierdzać współczesna medycyna. Okazuje się że tzw. małe komórki macierzyste obecne w organizmie dorosłego człowieka, „budzą się” i rozglądają się za „dziurami do załatania” pod wpływem poczucia głodu (czytaj „rzetelnego postu”).

W odpowiedzi na Twoje pytanie powtarzam raz jeszcze: „post jest dla nas, a nie my dla postu” – post jest swego rodzaju narzędziem, którym powinniśmy się sprawnie posługiwać, ale to każdy z nas indywidualnie decyduje, jak i w jakim stopniu go stosuje. Zróżnicowane praktykowanie postu można porównać do teleskopowo składanej wędki albo do żaluzji w oknie. Wędka w swym potencjale ma 5 m długości, ale gdy jest złożona, mieści się w bagażniku samochodu, albo nawet większej torbie. Mogę złapać rybę gdy jest maksymalnie długa, ale mogę też łowić ryby gdy jest rozłożona tylko częściowo i ma tylko 2 czy 3 metry długości. Żaluzje przesłaniają całą powierzchnię okna – mogę je zwinąć i cieszyć się całym świat(ł)em, który przez nie wpada, ale też mogę rozświetlić pokój tylko częściowo. Wszystko w zależności od okoliczności. Twoje reguły postnego postępowania są tymczasem „na miejscu”. Sama zdecyduj(esz) kiedy i jak je zmodyfikować.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Jestem katoliczka, mąż jest prawosławny. Ślub wzięliśmy w cerkwi (ja pozostalam przy swojej wierze). Czy dzieci mogą być wiec ochrzczone w kościele? Paulina

Na początek krótki rys historyczny. Rzymscy katolicy w Polsce bodajże w latach 1960. stwierdzili, że w przypadku małżeństw mieszanych wyznaniowo, przed ślubem w kościele od obojga narzeczonych wymagane będzie podpisanie zobowiązania, że dzieci, które pojawią się w tej rodzinie, będą ochrzczone w kościele i wychowywane w wierze rzymskokatolickiej. Ponadto wprowadzili tę „procedurę” do kościelnego prawa kanonicznego. Prawosławni, niejako w odruchu samoobrony, zaczęli stosować to somo rozwiązanie(?)w praktyce cerkiewnej w przypadku sprawowanych w cerkwi ślubów par mieszanych wyznaniowo. Kilkanaście lat temu na zjeździe ekumenicznym w Gnieźnie słyszałem na własne uszy, że w Kościele rzymskokatolickim w Polsce prowadzone są przygotowania do usunięcia tego zapisu z prawa kanonicznego, ale te przygotowania okazują się jednak coraz bardziej wydłużone…

Zaznaczam, że te wymuszone zobowiązania w odniesieniu do chrztu i wychowania dzieci nie podobają mi się w obu przypadkach, bo to coś jak dzielenie skóry na niedźwiedziu, który ciągle jeszcze mieszka sobie gdzieś daleko w leśnych ostępach. Uważam, że małżonkowie powinni mieć możliwość podejmowania własnej, wspólnej, rozważnej i nieprzymuszonej decyzji o miejscu chrztu i wychowaniu dzieci.

Przyznam szczerze, że zaniepokoiło mnie nieco słowo „więc” w Pani pytaniu o chrzest dziecka w kościele. Chciałbym się mylić, ale „wybrzmiewa” w nim oczekiwanie czy dążenie do wprowadzenia jakiejś kontry czy przeciwwagi(?) dla ślubu w cerkwi.

Już samo pytanie może wydawać się „nie na miejscu”, bo z tego co już ustaliliśmy i co powszechnie(?) wiadomo, w przypadku małżeństw mieszanych wyznaniowo, przed ślubem w kościele czy w cerkwi, od narzeczonych wymagane jest podpisanie zobowiązania, że dzieci, które pojawią się w tej rodzinie, będą ochrzczone i wychowywane w tej samej chrześcijańskiej tradycji, gdzie nastąpił sakrament małżeństwa. Wszystko zdaje się więc wskazywać na to, że decyzja została już przez Was podjęta – skoro ślub odbył się w cerkwi, zobowiązaliście się do chrztu i wychowania dzieci w prawosławnym chrześcijaństwie.

Skąd więc to pytanie? Czy rozmawialiście o tym z mężem? Czy to Wasze wspólne pytanie? Czy zmieniła Pani zdanie? Czy szuka Pani dróg „obejścia” tego zobowiązania i argumentów, które mogłyby to usprawiedliwić? A może pojawiły się naciski ze strony rodziny czy środowiska – niechby było choć trochę „po naszemu” – skoro ślub był w cerkwi, więc „negocjujmy” albo „targujmy się” o miejsce chrztu?

Stawiam te pytania bo chciałbym ostrzec przed poważnym niebezpieczeństwem, które zagraża małżeństwom mieszanym wyznaniowo (myślę tutaj głównie o Podlasiu).

Parafialne statystyki z kilku ostatnich dziesięcioleci wskazują, że małżeństw mieszanych wyznaniowo jest wiele, ale też wiele z nich przeżywa poważne trudności właśnie w związku z decyzją o chrzcie i religijnym wychowywaniu swych dzieci. Wszystkie jeszcze przed ślubem zdecydowały (bo musiały) o miejscu chrztu i wyznaniu dziecka. Zdarza(ło) się (niestety), że w przypadku ślubu w cerkwi podpisywały (bo musiały) zobowiązanie do chrztu dziecka w cerkwi, ale „z góry” postanawiały, że go nie dotrzymają i odbędzie w kościele, a w przypadku ślubu w kościele podobnie, ale na odwrót. Podkreślić tu trzeba, że to była ich własna i wspólna decyzja. Problemy pojawiały się, gdy pojawiało się dziecko i miało dojść do realizacji ich wspólnego postanowienia (zgodnego z pisemnym zobowiązaniem lub wbrew niemu). Gdy ze względu na samodzielną zmianę zdania jednej ze „stron”, czy też spowodowaną naciskami ze strony bliższej czy dalszej rodziny (bliższej od współmałżonka?!) dochodziło do równie wymuszonej (albo „wymuszonej inaczej”) zmiany miejsca chrztu i wyznania dziecka, pojawiały się poważne „wewnątrzmałżeńskie” problemy. Na tyle poważne, że ok. 30% tych małżeństw skończyło się rozwodem…

Sugerowałbym zatem, aby chrzest dziecka nastąpił zgodnie z Waszymi wcześniejszymi ustaleniami, albo tak samo wspólnymi nowymi (nie poddawajcie się żadnym naciskom „z zewnątrz”).

Jeżeli tak bardzo zależy Pani, aby dziecko ochrzczone w Cerkwi poznało również rzymskokatolicką tradycję chrześcijańską, nic nie stoi (nie powinno) na przeszkodzie. W Polsce to nawet nieuniknione. Tak też się składa, że prawosławna mniejszość (nie tylko w Polsce) wie o rzymskokatolickiej większości więcej, niż rzymskokatolicka większość o mniejszościowym prawosławiu. Niech dziecko poznaje obie tradycje, ich podobieństwa i różnice, niech przekonuje się o ich bogactwie. Jeśli chciałaby Pani, aby ewentualnie w przyszłości samodzielnie  wybrało rzymski katolicyzm jako swoje wyznanie, warto zadbać o to, aby miało/wiedziało z czego wybierać…

Wspólnej, własnej, rozważnej i dobrej decyzji życzę…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina, wiara



Chciałbym jak zawsze pójść do tradycyjnej wielkanocnej spowiedzi. Musiałbym jednak oszukać swoją żonę i córkę (obydwie sa katoliczkami), które są temu przeciwne. Ba, przeciwne były one temu, żebym nawet przyniósł wczoraj z cerkwi poświęconą palmę (ich argument – przecież nie wiesz kto tej palmy dotykał). Co baciuszka radzi mi robić? – Pójść do spowiedzi i zataić to przed moją żoną i córką? – Obchodzić Święta Wielkanocne bez pójścia do spowiedzi? Jeśli tak, to jaką pokutę za taki grzech musiałbym odczynić? Jerzy

Przepraszam za tak bardzo opóźnioną odpowiedź. Wielki Post, Wielkanoc i pandemiczne ograniczenia co prawda już minęły, ale problemy poruszone w pytaniach pozostają aktualne.

Na pytanie czy oszuk(iw)ać żonę i córkę, odpowiadam przecząco – lepiej tego nie robić nie tylko ze względu na jedno z dziesięciorga przykazań, ale również przez to, że prawda prędzej czy później „jak oliwa na wierzch wypływa” i fakt jej zatajenia albo mówienia nieprawdy z pewnością naruszy Wasze relacje, nadszarpnie zaufanie, które później bardzo trudno odzyskać. Można „usprawiedliwiać się” dobrymi intencjami – bo spowiedź jest przecież bardzo ważna – ale w ważnych sprawach lepiej „grać na czysto”. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby wyjaśnienie dlaczego to ważne, dlaczego Panu na tym zależy.

Co do pytania o obchody święta Zmartwychwstania Chrystusa bez spowiedzi i ewentualnej „pokuty za taki grzech”, czuję się zobowiązany, aby zacząć od „sprostowania”.

Zacznijmy „od końca” – braku spowiedzi w Wielkim Poście nie rozpatrywałbym w kategoriach grzechu, który trzeba „odpokutować” ale traktowałbym je jako poważne zaniedbanie, które wymaga korekty. Zapytałbym kiedy była ostatnia spowiedź, jak często przystępuje Pan do spowiedzi, ale nawet nie znając odpowiedzi, sugerowałbym, aby stała się regularną praktyką „na bieżąco”, a nie tylko wydarzeniem „od święta” i to jeszcze tego najważniejszego, jakim jest Pascha Chrystusowa. Spowiedź to „lecznica” (cs. wraczebnica), bo wszystkie nasze grzechy to choroby duszy. Choroby trzeba leczyć, póki są w początkowym stadium i wizyty u lekarza nie odkładać „na jutro”. Trzeba też pamiętać, że choroby duszy może wyleczyć i leczy tylko Pan Bóg i to dlatego warto przystępować do spowiedzi częściej i regularnie. Spowiedź to wizyta u Lekarza, a komunia, Ciało i Krew Chrystusa to „lekarstwo i pokarm nieśmiertelności” – trzeba je przyjmować jak najczęściej, najlepiej na każdej Liturgii, a nie tylko „od czasu do czasu” albo „od wielkiego święta/dzwonu”. To w misterium Eucharystii jednoczymy się z Chrystusem i uświęcamy nasze ciało i duszę, całe nasze życie. Tak więc mówiąc o spowiedzi „przed Wielkanocą” nie zapominajmy o Eucharystii…

Co do „pokuty”, którą wypadałoby „odczynić”, śpieszę z wyjaśnieniem, że w prawosławiu nie pojmujemy grzechu jako „długu, który trzeba spłacić” i nie traktujemy zaleceń udzielanych duchownego przy spowiedzi jako „zadośćuczynienia” – „spłaty długu”. Te zalecenia to „lecznicza terapia” – nad leczeniem chorób trzeba popracować nieco dłużej i to na różne (wskazywane przez duchownego) sposoby. Można to porównać z przyjmowaniem tabletek, suplementów, diety czy sanatorium po wizycie u rodzinnego lekarza. Nie robimy tego wszystkiego „za karę”,  za to, że zachorowaliśmy czy żeby „odczynić pokutę”, ale po to, żeby wyzdrowieć.

Aby zrozumieć, dlaczego spowiedź jest tak ważna i „jak to działa” polecam lekturę tekstu bp Kallistosa Ware, Prawosławne rozumienie pokajanija, zamieszczonego w książce Królestwo wnętrza, dostępnego również w starej wersji cerkiew.pl  oraz: Wiosna, dzieci, ogrody…   Warto przeczytać wszystkie artykuły o spowiedzi zamieszczone w tym dziale: http://www.typo3.cerkiew.pl/index.php?id=prawoslawie&typ=4&typ2=3&typ3=4

Pełne przeżywanie święta Zmartwychwstania Chrystusa nie jest uzależnione od tego czy przystąpiliśmy do spowiedzi (choć to oczywiście bardzo ważne i bardzo pomaga) ale od tego, jak się do tego święta przygotowujemy przez cały Wielki Post. To cały proces, a nie jednorazowe działanie tuż przez świętem… Polecam w związku z tym jeszcze jedną lekturę – Wielki Post i konsumpcyjne społeczeństwo bp Kallistosa Ware

Życzę przekonywującej lektury

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina, wiara



Strona 1 z 812345...Ostatnia »