Mam wewnętrzny dylemat związany z kultem Świętej Matrony Moskiewskiej. Chwilami mocno zastanawiam się czy ta Święta pomaga ludziom, jednocześnie mam wrażenie że nie jest szczególnie znana w Polsce. Czy Ksiądz może się wypowiedzieć jak traktować osoby uznane przez cerkiew a jednocześnie , być może tylko dziś, głównie sławne i modne ze względu na przepowiednie? Mam wrażenie że mówiąc o świętej Matronie ta otoczka jasnowidzenia przesłania wszystko i gdzieś gubi się cały prawosławny sens. Szczególnie że nie mówimy o osobie żyjącej kilkanaście czy kilkadziesiąt wieków temu gdzie być może trudno jest wszystko udokumentować i zweryfikować, ale o osobie współczesnej. Anonim

Podejście do osób świętych bywa bardzo często indywidualne. Niejednokrotnie po jakiejś pielgrzymce lub wyjeździe zapoznajemy się z którymś ze świętych lokalnych i wówczas taka osoba (święta) nabiera dla nas szczególnego znaczenia i kierujemy do niej modlitwy. Nie wydaje mi się byśmy byli uprawnieni do „weryfikowania” świętości osób, które dana Cerkiew lokalna kanonizowała. Niemniej jednak w naturalny sposób tacy święci mogą być bliżsi lub dalsi dla naszego serca.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, wiara, życie duchowe



Czy posiadanie w domu jednej Ikony to wstyd? Mieszkam w 24m kawalerce. Laura

Nie widzę, co mogłoby być wstydliwym w posiadaniu jednej ikony? Pytanie rozumiem w kontekście zamieszkiwania w małym mieszkaniu i nie posiadania miejsca na wiele ikon? Jeśli o to chodzi w pytaniu, to powiedziałbym, że umieszczamy ikony odpowiednio do naszych możliwości, natomiast w żaden sposób nie kojarzyłbym tego z wstydliwością.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, życie duchowe



Czy można modlić się prywatnie za samobójców poprzez czytanie Psałterza? W niektórych wydaniach w modlitwie za zmarłego mowa jest o osobie, która „odeszła/odszedł w wierze i nadziei życia wiecznego”. Czy ewentualnie należy omijać taki fragment, skoro okoliczności i stan duchowy danej osoby był nieznany? Katarzyna

Problem modlitwy za zmarłych, którzy sami targnęli się na swoje życie wciąż pozostaje żywym i tak do końca nie rozwiązanym. Bardzo często ciężar tego nieszczęsnego czynu przenosimy na zaburzenia psychiczne, co rzeczywiście najczęściej ma miejsce. Jeśli tak dokładnie nie znamy stanu duchowego osoby, która odeszła w takich tragicznych warunkach, to wydaje mi się, że należałoby interpretować naszą modlitwę „na korzyść” osoby zmarłej, tj. czytać Psałterz jako za kogoś kto „odszedł w wierze i nadziei życia wiecznego”

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, liturgika, wiara, życie duchowe



Czy można odmawiać kanon św. Andrzeja z Krety w modlitwie osobistej, poza Wielkim Postem? Michał

Tam można. Wydaje się, że po raz pierwszy Kanon św. Andrzeja w był czytany w takim bardziej ogólnocerkiewnym kontekście w X w. w Konstantynopolu w obliczu zagrożenia trzęsieniem ziemi. Nie był to Wielki post.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, wiara, życie duchowe



Jestem w związku małżeńskim od prawie 5ciu lat. Mój mąż jest naprawdę dobrym człowiekiem i wiem, że nie powinnam narzekać. Jednak czuję, że czegoś brakuje w tym małżeństwie, chodzi mi o taką więź emocjonalną. Próbowałam wielokorotnie z mężem na ten temat rozmawiać, że on jest bardzo w sobie zamknięty skupiony na zarabianiu pieniędzy, a mi zwyczajnie brakuje miłości i zrozumienia. Bardzo się starałam walczyć o te małżeństwo i budować dom taki jaki sobie wymarzyłam, ale ostatnimi czasy nie mam już siły ani chęci. Jest mi to obojętne, stałam się niemiła i opryskliwa. Ponadto pojawił się inny mężczyzna w moim życiu. Między nami do niczego nie doszło, ale mam nieodparte wrażenie, że to właśnie ten którego szukałam całe życie. Co robić? nie chcę skrzywdzić mojego męża, ale nie chcę też całe życie łudzić się, że on się zmieni. wiem, że życie to nie bajka, ale czy Pan Bóg nie chce żebyśmy byli szczęśliwi? Marysia

Gdy czytałem opis Waszego małżeństwa, Twych zmagań, oczekiwań, rozterek i wynikające z nich pytania, nasunęło mi się kilka skojarzeń. Niektóre z nich to słowa z Ewangelii, pozostałe można by określić jako powszechnie  znane „mądrości ludowe”, ale wiele z nich (jeżeli nie wszystkie) mają biblijne podłoże. Z mojej strony pojawiły się też pytania, które Ty sama powinnaś sobie postawić i próbować na nie odpowiedzieć.

Zacznijmy od końca. Pytasz, „czy Pan Bóg nie chce żebyśmy byli szczęśliwi?” Zapewniam Cię, że bardzo tego pragnie i nie tylko życzy nam tego, ale też wspiera nas we wszystkich naszych dobrych dążeniach. Piszesz, że doceniasz swego męża, ale czegoś Ci brakuje – nie wygląda to tak, jak sobie wymarzyłaś. Próbujesz to osiągnąć, ale nie wychodzi – „opadły Ci ręce”, zobojętniałaś. Tu pojawiają się moje skojarzenia i pytania: Doceniasz go i nie chcesz Go skrzywdzić – ale czy to znaczy, że ciągle Go kochasz? Wierzę, że tak. A skoro tak, czy rzeczywiście zrobiłaś wszystko, co można/trzeba  było zrobić? Piszesz o wielokrotnych próbach rozmowy – a czy podjęłaś jakieś konkretne działania? OK, słowa mogą dużo, ale słyszałem/czytałem co nieco np. o „mowie ciała”. Czasem milczeniem można powiedzieć dużo więcej niż tysiącem słów… Ponadto, jeżeli w małżeństwie coś „nie działa”, starania jednej ze „stron” nie skutkują, wówczas można/należałoby szukać pomocy „z zewnątrz” – prosiłaś kogoś o radę/pomoc. Dostępne są np. terapie małżeńskie…

Tutaj warto też zastanowić się nad tym, jaki wpływ na Twoje starania ma „małżeństwo i dom, który sobie wymarzyłaś”. „Mądrości” mówią: „Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma” albo „Lepsze jest wrogiem dobrego”… Absolutnie nie chcę przez to sugerować, że nie trzeba dążyć do zmian na lepsze, do doskonalenia (się też). Wprost przeciwnie. Wspomniałem o tym, bo znam przypadki, w których wyobrażenia czy marzenia przeszkadzały docenić „stan zastany” – ciągle nie było tak, jak „mogłoby czy miało” być, a to powodowało rozgoryczenie i frustrację. Zamiast pomagać w doskonaleniu, bardzo przeszkadzało. (tu kolejne pytanie [retoryczne?] do Ciebie – czy Twoje zobojętnienie, to że stałaś się niemiła i opryskliwa, pomaga naprawiać ten związek, tj. zwiększa szanse na więcej „więzi emocjonalnej, miłości i zrozumienia”?) Ponadto, gdy poprzeczka zbyt wcześnie bywa podniesiona zbyt wysoko, to na pewno nie da się jej przeskoczyć – trzeba  wcześniejszej „rozgrzewki”.

Twe „wielokrotne rozmowy” i starania przypomniały mi opowieść o pewnym mnichu, który kłócił się ze wszystkimi innym mnichami o wszystko. Źle mu z tym było (nie tak to sobie wyobrażał?), próbował „z tym skończyć”, ale nie wychodziło. Postanowił więc poprosić o Bożą pomoc i wsparcie. Podczas wyjątkowo głębokiej, żarliwej modlitwy dane mu było odczuć, że jego błaganie zostało wysłuchane, prośba została przyjęta i pomoc zostanie mu udzielona. Ale gdy wychodził z cerkwi, w drzwiach spotkał jakiegoś mnicha i pokłócił się z nim. W ciągu kilku następnych godzin spotkał kilkunastu innych i ze wszystkimi się pokłócił, podczas gdy wcześniej w ciągu całego dnia spotykał tylko jednego, dwóch albo trzech i były „tylko” trzy kłótnie. Gdy zapytał Boga dlaczego „nie dotrzymuje obietnicy” i nie tylko nie pomaga, ale jest jeszcze gorzej niż było, usłyszał w odpowiedzi: „Pomoc została Ci udzielona niezwłocznie i obficie – dzisiaj miałeś dużo więcej okazji/możliwości, aby NAUCZYĆ SIĘ jak do kłótni nie dopuszczać”. Róbmy zatem swoje, ale do skutku. Doświadczając porażek w naszych zmaganiach, dodajemy kolejną do poprzednich – 16,17,18 […] 40, 41… Bóg zaś „widzi z góry”, że za 50-ym razem w końcu nam się uda – więc nie rezygnujmy za 49-ym… Bo w Ewangelii czytamy: „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24,13).

Piszesz, że w Twoim życiu „pojawił się inny mężczyzna” i  masz „nieodparte wrażenie, że to właśnie ten, którego szukałaś całe życie”. Bardzo pożyteczna „mądrość ludowa” stwierdza: „Jak ci się wydaje, to się przeżegnaj”… bo być może (na pewno?) tylko Ci się wydaje… Tego rodzaju „wrażenia” mogą być/wydawać się(sic!) bardzo przekonywujące i dlatego koniecznie trzeba je weryfikować. Koniecznie trzeba tu postępować bardzo ostrożnie, bo, śmiem twierdzić, że to może być demoniczna pokusa. Coś nie wychodzi Ci w tym związku, nie jest tak, jak to sobie wymarzyłaś więc masz okazję radykalnie to zmienić. Wystarczy(?) tylko odejść od jednego i połączyć się z drugim mężczyzną. Pewnie będzie trochę bolało, ale ta perspektywa wymarzonego szczęścia jest taka kusząca. Tę pokusę potęguje Twoje rozgoryczenie – „nie chcę też całe życie łudzić się, że on się zmieni”. Czy na pewno całe życie? Czy „szczęście”, o którym piszesz/myślisz to na pewno długotrwała perspektywa? Czy to nie „wygodne”(?) pójścia „na skróty” – 5 lat z tym się zmagasz, a tu pojawia się kusząca perspektywa „szczęścia od ręki”, „za darmo”(?). Czy na pewno o to chodzi? „Mądrości ludowe” mówią – „kto drogę skraca, ten do domu nie wraca”, albo „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Amerykanie zaś mówią: „No pain, no gain” (Jak nie boli, to pożytku nie daje), a z chrześcijańskiej perspektywy brzmiałoby to: „Nie ma zmartwychwstania bez ukrzyżowania”. Trzeba przy tym wiedzieć/pamiętać, że szatan (to licho, co nie śpi) perfidnie zwodzi nas podsuwając „proste i szybkie” rozwiązania „małych” bieżących problemów, po to, aby pogrążyć nas ciężarem nie do zniesienia. Polecam lekturę tekstów C.S. Lewisa „Chrześcijaństwo po prostu” i „Listy starego diabła do młodego”.

Bardzo pomocna będzie też lektura traktatu Ewagriusza z Pontu „O ośmiu demonicznych myślach”. Szóstego z kolei demona acedii (współcześni nazywają go demonem duchowej depresji) mnisi nazwali demonem południa, bo działa na dwa fronty. Gdy w czasie południowej spiekoty mnisi stwierdzali fakt: „trudno wytrzymać”, demon acedii/południa przekonywał ich po swojemu, że „absolutnie nie da się wytrzymać”. W reakcji na ich tęsknotę za przyjemnym chłodem wieczora, rozbudzał w nich pragnienie, aby wieczór nastąpił już w tej chwili, natychmiast… Z jednej strony rozbudza/pogłębia zniechęcenie i rozgoryczenie aktualnym stanem „zastanym”, a z drugiej rozpala pragnienie natychmiastowej zmiany tego stanu i to najlepiej „bez kosztów własnych”, bez własnego udziału, starania czy wysiłku. (Polecam opracowania na temat tegoż demona opublikowane przez Wydawnictwo Benedyktynów Tynieckich – jest ich już kilka, a to też o znamienne…)

Nie da się nie zauważyć, że „trudno Ci wytrzymać” i marzy Ci się „szybka zmiana”, ale przecież „wszystko w swoim czasie”… Sugerowałbym, abyś spróbowała jeszcze raz i abyś próbowała aż do skutku. Często powtarzam (sobie i innym) – „na wszystko jest sposób, ale trzeba go/ich szukać, znaleźć, a później (za)stosować”. Po drodze trudno bywa z szukaniem i znajdowaniem, a jeszcze więcej „kosztuje” stosowanie, ale naprawdę warto próbować, bo „jak się próbuje, to ‘z automatu’ masz przynajmniej 50% możliwości/pewności, że coś z tego wyjdzie”…

„Szukajcie, a znajdziecie”… (Mt 7,7-12)

Bywają w życiu sytuacje kryzysowe, ale warto wiedzieć/pamiętać, że po grecku „kryzys” to możliwość do wykorzystania. Jeżeli nic z tym nie robię, opuszczam ręce, rezygnuję, poddaję się/ulegam okolicznościom – przegrywam z kretesem. Jeśli jednak robię co mogę, najlepiej jak potrafię, szukam przy tym wsparcia „z zewnątrz” i przyjmuję to wsparcie, efekt końcowy może być nawet lepszy, niż ten wymarzony… Z Bogiem wszystko jest możliwe.

Przeprasza, że odpowiadam z opóźnieniem („im szybciej, tym lepiej”, ale „lepiej później, niż wcale”…). Wierzę jednak, że nie jest jeszcze za późno.

Z całego serca życzę nowych sił i wytrwałości, a nade wszystko Bożego błogosławieństwa i wsparcia w dalszych codziennych zmaganiach ze sobą i z „okolicznościami”…

PS. Misterium małżeństwa to wspólna małżeńska droga do królestwa Bożego – to o tym właśnie „mówią” korony na głowach/nad głowami nowożeńców. Te korony (cs. wiency) mają jeszcze jedno znaczenie – to „wieńce męczeństwa” i „wieńce zwycięstwa”. O męczennikach śpiewa też chór podczas procesji wokół stołu (cs. anałoja) w centrum nawy świątyni. Małżeństwo to męczeństwo, bo mąż i żona oddają swoje życie sobie nawzajem i powierzają je Bogu. Jako „jedno ciało” swym postępowaniem i swym życiem świadczą o Bogu i o swej wierze w Boga, bo grecki termin martyria – męczeństwo, oznacza przede wszystkim świadectwo wiary… Polecam „Małżeństwo w prawosławiu” o. Johna Meyendorffa

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina, wiara, życie duchowe



Chciałbym zadać pytanie w oparciu o mój własny przykład. Odczuwam skłonności homoseksualne, ale nie zamierzam wprowadzać ich w życie i staram się żyć jak najbliżej Boga. Od zawsze fascynowało mnie życie monastyczne. Wyobrażam sobie, że z jednej strony pójście do monastyru nadałoby mojemu życiu jakiś kierunek, ale z drugiej – mogłoby to generować trudne sytuacje, np. pod względem psychicznym. Czy można to jakoś pogodzić, czy też jest to nie wskazane? Jakub

Zanim spróbuję odpowiedzieć na Twe pytanie, posłużę się cytatem z książki o. Johna Brecka „Święty dar życia. Prawosławne chrześcijaństwo i bioetyka”. W rozdziale poświęconym homoseksualizmowi stwierdza m.in.: „kwestią najwyższej wagi pozostaje ciągłe podtrzymywanie wyraźnego rozróżnienia pomiędzy zachowaniami i orientacją [homoseksualną]. Bez względu na to, jakie są jej przy­czyny (fizjologiczne, genetyczne, psychologiczne i społeczne czy najprawdopodobniej połączenie ich wszystkich), orientacja homoseksualna nie jest ani grzesz­na, ani zła (z zastrzeżeniem, że w tym upadłym świecie o każdej ułomności można powiedzieć, iż jest następstwem grzechu). Osoby z taką orientacją są w najpełniejszym znaczeniu „osobami”, nosi­cielami obrazu Bożego i wraz ze wszystkimi innymi powołane są do wzrastania ku osiąganiu Bożego podobieństwa. Gdy usiłują zmienić orientację na heteroseksualną lub gdy codziennie zmagają się o pozostawanie w cnocie czystości, potrzebują szczególnego wsparcia, zachęty i miłości Kościoła – jego biskupów, kapłanów i laikatu. W dążeniach do osiągnięcia tego celu nieodłączną po­mocą może być uczestnictwo w grupach wzajemnego wsparcia jak amerykańskie SA, a szczególnie organizacje w rodzaju Exo­dus International i Courage. (Założona przez ks. Johna Harveya rzymskokatolicka organizacja „Courage” ma swoje aktywne od­działy w całych Stanach Zjednoczonych Ameryki. Doświadczenie ks. Harveya utwierdziło go w przekonaniu, że osoby z orientacją homoseksualną w bardzo znaczących proporcjach rzeczywiście mogą stać się heteroseksualne, nawet jeśli w wielu przypadkach ciągle utrzymują się homoerotyczne odczucia czy wyobrażenia117).”

Co do fascynacji życiem monastycznym zarówno w tym konkretnym, jak i w innych podobnych przypadkach wskazałbym na dwie drogi działania czy dwa sposoby postępowania.

Po pierwsze, koniecznie trzeba się przekonać i upewnić, że fascynacja, bardzo głębokie nawet zainteresowanie monastycyzmem jest równoznaczne z powołaniem do życia monastycznego. „Instytucją” m.in. do tego właśnie przeznaczoną jest „nowicjat” (cs. posłuszanie). Osoby, które przybywają do monasteru aby zostać mnichem czy mniszką, nie od razu przyjmują monastyczne postrzyżyny. Przełożony monasteru przyjmuje nowicjusza, wyznacza mu opiekuna duchowego, wyznacza zadania do wykonania – podobnie jak mnisi, nowicjusz żyje monastycznym trybem życia, wchodzi na monastyczną drogę życia aby „na własnej skórze” przekonać się, czy podoła, czy będzie w stanie sprostać „rygorom”/zasadom monastycyzmu, czy będzie w stanie opierać się wszelkiego rodzaju pokusom. Trzeba bowiem być przygotowanym na to, że już na samy początku tej drogi pokus będzie więcej niż dotychczas i będą nasilać się wraz z rosnącymi staraniami nowicjusza, aby im nie ulegać. Dzieje się tak dlatego, że podążanie monastyczną drogą ku zbawieniu, ku królestwu Bożemu bardzo przeszkadza demonicznym siłom i wszelkimi możliwymi sposobami próbują odciągnąć/przekonać nowicjuszy i mnichów, że „nie tędy droga”.

Po drugie, uważam, że w okolicznościach, które opisałeś bezpieczniej byłoby wykorzystać wszystkie dostępne sposoby „uspokojenia”, „wyciszenia” czy „kontrolowania” tej orientacji, aby utwierdzić się w chęci, dążeniu, umiejętności i skuteczności „codziennych zmagań o pozostawanie w cnocie czystości”. Chodzi o to, aby ewentualne życie monastyczne nie okazało się zbyt trudną do zniesienia „psychiczną prowokacją”, a okazało się dodatkowym, skutecznym wsparciem na drodze „wzrastania ku osiąganiu Bożego podobieństwa”.

Jeżeli zdecydujesz, że fascynacja wypływa z powołania i będziesz chciał się co do tego upewnić, jeśli uznasz, że wykorzystałeś wszystkie dostępne środki/metody terapii, trzeba będzie porozmawiać o tym wszystkim z przełożonym monasteru, aby mógł zdecydować czy w przedstawionych okolicznościach, w określonym stanie „psychiki, ducha i ciała” nowicjat będzie rozwiązaniem dopuszczalnym i w Twych zmaganiach może okazać się pomocny, czy może jest jeszcze za wcześnie.

Z całego serca życzę powodzenia w codziennych zmaganiach, Bożego błogosławieństwa i wsparcia w poszukiwaniach drogi i dążeniach ku zbawieniu

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Proszę Księdza o radę jak się modlić aby wyprosić dla siebie lub innych łaski ? Czy to prawda że skuteczna modlitwa to trio Modlitwa + Post + Jałmużna? Piotr

Myślę, że najlepiej i najbezpieczniej całkowicie powierzyć siebie i innych Bogu. W naszych cerkiewnych nabożeństwach pojawia się bardzo wiele próśb za wielu (wszystkich?) ludzi z różnymi problemami, potrzebami i znajdujących się w różnych życiowych sytuacjach. Co ważne, na wszystkie te prośby – za chorych, podróżujących, uwięzionych itp. – odpowiadamy: „Hospodi pomiłuj – Kyrie eleison – Panie zmiłuj się”. Zauważmy – nie wypowiadamy konkretnej prośby np. o to, aby podróżujący zdążył na samolot i doleciał szczęśliwie do celu. „Hospodi pomiłuj” to kierowana do Boga prośba, aby otoczył podróżującego Swą opieką i prowadził go „po Swojemu”. Być może lepiej będzie dla niego, gdy się spóźni?

Ponadto, apostoł Paweł zaleca: „Módlcie się nieustannie”. Próbujmy modlić się nie tylko w cerkwi, nie tylko rano i wieczorem, ale „na bieżąco” w ciągu dnia zatrzymywać się na chwilę, aby przynajmniej westchnąć modlitewnie albo wypowiedzieć słowa Modlitwy Jezusowej, która może/powinna towarzyszyć nam podczas wszystkich naszych zajęć.

Modlitwa połączona z postem i okazywaniem pomocy potrzebującym to rzeczywiście mocarne połączenie – modlimy się wówczas nie tylko słowem, ale też działaniem i całym swoim życiem. Warto też pamiętać o ewangelicznym przykładzie – gdy apostołowie zapytali Chrystusa dlaczego nie byli w stanie wypędzić demona z chłopca, którego przyprowadził do nich jego ojciec, usłyszeli odpowiedź: „Ten rodzaj (złych duchów) można wypędzić tylko modlitwą i postem”…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Czy z grzechu popełnionego nieświadomie w dzieciństwie powinno się teraz w życiu dorosłym z niego wyspowiadać? Jak to jest z dziećmi, które popełniają grzech nieświadomie? Ewa

Jeśli w życiu dorosłym mamy świadomość, że w dzieciństwie popełniliśmy jakiś grzech, to znaczy, że obecnie odczuwany jakiś ciężar na duszy. Z tego powodu powinniśmy ten grzech wyznać i z niego się wyspowiadać. Naturalne, że dzieci do pewnego wieku są nieświadome popełnianych czynów, ale kiedy zaczynają rozumieć i mieć świadomość niewłaściwego postępowania wówczas mogą już swoje przewinienia (grzechy) określać i spowiadać się.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, liturgika, wiara, życie duchowe



Jakie konkretnie modlitwy (kanony, akatysty) należy odmawiać przed i po przystąpieniu do obu sakramentów? Czy są to uniwersalne modlitwy, których zawsze należy przestrzegać czy raczej zależą od osobistego duchowego zaangażowania? Jarosław

W naszych modlitewnikach najczęściej jest taki rozdział „Przygotowanie do św. Eucharystii” (moje tłumaczenie trochę dowolne). Najczęściej zawiera ono modlitwy początkowe, Psalmy, Kanon i modlitwy przed Eucharystią. W innych modlitewnikach dodawane są jeszcze akatysty. Myślę, że przygotowanie do sakramentu Eucharystii nie powinno być zbytnio rozbudowane. Zadawanie wyczytywania długich modlitw wiernym może odtrącać ludzi od zaangażowania się w życie liturgiczne, jakim jest przystępowanie do św. Czaszy. Wydaje mi się, że trzeba znaleźć „złotą drogę” opartą na naszej tradycji modlitewnej, która przygotowuje do tego sakramentu z drugiej strony nie możemy wpaść w rytualizm wyczytywania długich prawideł. Jeśli chodzi o sakrament spowiedzi to nasze Modlitewniki raczej nie zawierają takiego rytu przygotowawczego jak do Eucharystii. Są natomiast modlitwy, które czytane są przez duchownych. Spowiedź powinna raczej być poprzedzona przemyśleniem swoich czynów i skruchą.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, liturgika, wiara, życie duchowe



Czy przejście z prawosławia na katolicyzm jest grzechem? Chodzi mi tutaj o to, że mój chłopak jest katolicki i bardzo mu zależy na tym, byśmy wzięli ślub w kościele i bym przyjęła jego wiarę. Czy potem będę mogła przychodzić od czasu do czasu do cerkwi na nabożeństwa? Gabriela

Zmiana wyznania w tę lub w drugą stronę, nie jest czymś wyjątkowym w naszych realiach życiowych. Zawsze zwracam uwagę aby ten ogromie ważny krok był podjęty rozważnie i z głębokim zastanowieniem. W pytaniu odczuwam pewną presję, która jest wywierana na Panią w kwestii zmiany wyznania. Proszę głęboko zastanowić się, czy poradzi Pani sobie w przyszłości z tą zmianą? Do cerki przychodzić na nabożeństwa każdy może.

Kategorie: konwersja, ks. Andrzej Kuźma, rodzina, wiara, życie duchowe



Strona 4 z 23« Pierwsza...23456...1020...Ostatnia »